W mojej ponad półtorarocznej karierze hostelowego ciecia bodajże tylko dwa razy odebrałem telefon z pytaniem, czy oferujemy pokoje na godziny. W obu przypadkach zresztą było to pytanie dość zawoalowane. Delikatny temat, ale - jak czytam na portalu jednej z polskojęzycznych, zdradzieckich, opanowanych przez obcy kapitał gazet - coraz popularniejszy. Podobnież tego typu formę rezerwacji pokojów zaczęły stosować zagraniczne ekskluzywne hotele. Do Polski jeszcze nie dotarła. W grę wchodzi najczęściej zakres godzin 11 - 15, pewnie tak, żeby można było "po wszystkim" posprzątać i sprzedać jeszcze pokój na noc - w sam raz na mały skok w bok w porze lanczu. Niewątpliwie jest to jakiś pomysł, jak mawiał mój wykładowca teorii literatury. Gdybym miał smykałkę do biznesu i inklinacje do niemoralnych (podwójnie) interesów, to w tajemnicy przed szefostwem i w porozumieniu z panią sprzątającą mógłbym "podnajmować" niezarezerwowane, bądź czekające na wieczorny przyjazd gości, pokoje podczas swojej porannej zmiany. Co jeszcze mógłbym robić, żeby se zarobić?
1.sprzedawać spod lady napoje z hostelowej lodówki, nie nabijając ich na kasę
2. zamawiać w piekarni dwa razy więcej drożdżówek i po pracy otwierać własny sklepik
3. w rocznicę bitwy pod grunwaldem oraz dzień Wojska Polskiego opylać miejscówkę na balkonie pokojów nr 2 i 6, dla chcących popatrzeć na uroczystości odbywające się przy pomniku Jagiełły, który stoi na pl. Matejki
4. chować kable zasilające do telewizorów i wydawać je potrzebującym gościom w cenie 3 zł/h
5. założyć zamek na drzwi do windy i oferować odpłatne wjazdy na recepcyjne 3. piętro wg taryfikatora wagi bagażu
6. walk-inom sprzedawać noclegi za cenę wyższą niż z cennika, na kasę nabijając tylko tyle ile w cenniku, względnie oferować cenę inną, a na kasę nabijać dużo niższą tłumacząc się tym, że goście się targowali i nie dało rady więcej
7. prać swoje rzeczy w hostelowej pralce tłumacząc że to ciuchy jakiegoś gościa
Dawajcie inne pomysły, założymy spółę dżojnt wenczer i będziemy trzepać kasiorę.
Zwinęliśmy choinkę i ozdoby świąteczne. Trzej Królowie odjechali w siną dal, a Gwiazda Betlejemska okazała się być spadającym fragmentem sputnika. Z tytułu bloga też zniknęła. Pojawił się za to, nadal zamiast kropki nad 'i', milusi kluczyk. Myślę, że zawisnął tam już na stałe. Jakby kto pytał, co otwiera - to recepcyjną kasę, ma się rozumieć. A propos zmian, nie wiem czy zauważyliście, ale wrzuciłem na bloga skrypt umożliwiający rezerwację noclegu w mym macierzystym Hostelu Butik. To na wypadek, gdyby ktoś zapragnął uścisnąć mi prawicę. Albo dać w mordę. Za to śnieg jeszcze zostawiam, niech sypie choć wirtualnie, bo za oknami... zresztą sami wiecie, jak jest tej zimy. Acha, zmieniłem jeszcze dolny pasek do przemieszczania się między stronami bloga, teraz zamiast napisów 'strona główna', oraz 'starsze' i 'nowsze posty' są rysuneczki. Może być? W ogóle jakiś taki skonfundowany jestem - współsiostra w cieciostwie J. powiedziała mi ostatnio, że piszę za długie notki. Ja wiem, cywilizacja obrazkowa i te sprawy, ale my God, ratujmy słowo pisane! Chyba że to słowo źle pisane i nie warto go ratować, uświadomcie mnie, póki nie jest za późno. Milknę i wrzucam KAFEL ÓSMY, niby obrazek, ale też o słowach. Sory Winetu, ten typ tak ma.
Wyjątkowo senna zmiana. Być może to tylko cisza przed burzą, bo jutro przyjeżdża do Butiku pierwsza w tym roku grupa. Chór chłopięcy z Ukrainy. Już u nas byli kilka miesięcy temu. Zauważam, że mamy inklinacje do chórów. Na szczęście nie takie jak dyrygent Polskich Słowików... No i zawsze to lepiej, niż mieć inklinację do orkiestr symfonicznych na przykład. Gdzie byśmy pomieścili te wszystkie tuby, fagoty i kontrabasy, nie mówiąc o organach kościelnych?
To pewien chór z Włoch był powodem, dla którego wspomniałem na blogasku o tzw. efekcie SAG. Matulu, to była raptem czwarta notka w historii "Z Cieciem w necie"! Jak ten czas leci, panta rhei i carpe diem. I non omnis moriar, oczywiście. Tak sobie czytam tamten przedpotopowy wpis i widzę, żem nie wywiązał się z danej w nim obietnicy, a mianowicie nie wyjaśniłem na czym wspomniany efekt polega. Nadrabiam tę karygodną zaległość. Efekt ów ma miejsce w sytuacji grupowej konsumpcji przy stole szwedzkim. Myślę, że każdy przeżył to na własnej skórze, na jakimś raucie, bankiecie, weselu czy innym pogrzebie. Dajom? Dajom! Bierem? Bierem! I startujemy do wyścigu, a im bardziej cholera widzimy, że cholera nie wystartowaliśmy sami, tym większą cholera potrzebę łapczywości cholera jedzeniowej odczuwamy. No a potem już tylko zbiorowa histeria, ale taka cwana, okiełznywana, maskowana, że niby ja tylko się przyglądam i to wcale nie jest moja trzecia dokładka, tylko pierwsza porcja, o, a tego jeszcze nie próbowałem i może to dołożę, nie wygląda dobrze, ale darowanemu koniowi... I tak dalej, aż do rozstroju żołądka. Wszystko przez te wojny i zabory - taka jest moja teoria - mamy w genach najadanie się na czarną godzinę. Ukraińcy też - i szczerze mówiąc im to bym akurat wybaczył, niech sobie pojedzą, niech mają, za Wielki Głód w latach 30. zeszłego stulecia. Chociaż, jak znowu jak przesadzą, to tą razą, tak jak ostatnio, zrobimy im śniadanie na porcje. Przy okazji ciecie z Hostelu Butik poćwiczą - już niedługo bowiem czeka nas pewien wysoce logistycznie skomplikowany i wysoce liczny najazd z ziemi włoskiej do Polski... Ale o tym kiedy indziej.
Że Polki piękne i nadobne są, wiadomo od czasów Wandy, co Niemca nie chciała. Że Polacy do najurodziwszych nie należą, wiadomo od czasów Piasta Kołodzieja, który jak mniemam doszedł do praktycznego wniosku, że można zakryć swoją szpetotę wąsami i w ten sposób zapoczątkował tradycję, kontynuowaną do dziś dnia. Ta ogólnonarodowa prawda, ku mojemu smutkowi, znajduje nieustannie swoje potwierdzenie w Hostelu Butik. Często mianowicie przyjeżdżają do nas pary. Mamy sporo pokojów z łóżkami małżeńskimi, więc nie dziwota. Co jakiś czas, meldując takie sparowane gołąbeczki, tudzież biorąc czy dając im klucze doznaję lekkiej konsternacji, gdy na przykład po tym jak wygłaszam z trudem wypracowaną angielszczyzną do pana obcokrajowca wstępny elaborat dotyczący zasad panujących w hostelu, stojąca obok partnerka z uśmiechem na ustach oświadcza, że jest Polką i nie trzeba było się męczyć. Albo odwrotnie - nadaję po polsku, a tutaj pan prosi, żeby jeszcze raz, tylko tym razem tak, żeby i on zrozumiał. No właśnie. Bo z trzech możliwych sytuacji: a) on i ona Polacy, b) ona Polka, on obcokrajowiec, c) on Polak, ona zagraniczna, w grę wchodzą tylko dwie pierwsze. Zwracam oczy ku niebu więc i zapytuję: CZEMUŻ?! To już dla chłopa do Polski pojechać nie łaska? Chyba, że o żadnej łasce tu nie może być mowy, bo nie istnieje taka kategoria ontologiczna jak Polak-partner-zagranicznej-partnerki. Jakoś nie chce mi się wierzyć. Takie Angielki na przykład łagodnie mówiąc urodą nie grzeszą, podążając za dość słynną obserwacją któregoś z psychologów społecznych - bodajże Zimbardo, który zauważył że ludzie dobierają sobie partnerów z reguły na tym samym poziomie obiektywnie rozumianej urody - dla potomków Piasta Kołodzieja są więc jak znalazł. Chyba że tu działa inny czynnik - może Angielki by chciały, ale Polacy, rozpieszczeni widokami z rodzimych ulic, nawet nie spluną... Trudne zagadnienia. A jeśli dodać do tego układy inne niż heteroseksualne... Przychodzi mi na myśl w tym temacie jeszcze jedna kwestia, mianowicie dość mocno wciąż jeszcze zakorzeniony w europejskiej obyczajowości wzorzec, który to właśnie mężczyźnie każe być aktywnym podczas "miłosnych zachodów". Rycerz i księżniczka w wieży i te sprawy... Weźmy choćby piękne słowo 'absztyfikant'. Słyszał ktoś o absztyfikantce? Nie bardzo, nie? Nic to, Baśka, byleby z tego wszystkiego dzieciuków od groma było. Jakby co, to zostaną przy matce i przynajmniej jak dorosną będą płacić podatki w Polsce. Idę sprawdzić czy wszystkie double ładnie pościelone...
biecałem jeszcze w zeszłym roku, że pojedziemy dalej w muzyczną podróż po hotelowych klimatach. Dziś część druga - i nie ostatnia, mam nadzieję. I kurde, tym razem w 4/5 wcale nie tak smutno! Za to w każdym przypadku - o hmmm... powiedziałbym "miłości", ale może bezpieczniej będzie, że o kochaniu. Pierwszy kawałek podpowiedziała mi kilka dni temu w jednym z komentarzy Czytelniczka (dzięki, proszę o więcej!). Piosnka wdzięczna jak biodrowe ruchy jej Wykonawcy:
Heartbreak Hotel, Elvis Presley
Któż nie zna, prawda? A kto zna genezę pieśni? Wikipedia oczywiście. Otóż piosenka powstała w 1955 roku z inspiracji artykułem w jednej z gazet z Florydy, opisującym samobójstwo pewnego człowieka, który wyskoczył z hotelowego okna zostawiwszy w pokoju list pożegnalny, zawierający jedno znaczące zdanie: "I walk a lonely street". Gdy przeczytałem, że Król nagrał ją 10 stycznia 1956, a więc prawie dokładnie 56 lat temu, nie mogłem przepuścić tak ładnej sposobności, by ją zaprezentować. Inspiracja bardzo konkretna, ale wymowa dzieła, podobnie jak w przypadku Hotel California The Eagles, metaforyczna. I tutaj bowiem tytułowy hotel może być rozumiany, jako miejsce, że tak powiem metafizycznie ulokowane. "Choć ciągle są tu tłumy,/ wnet pokój znajdzie się,/ gdzie porzuceni kochankowie/ wykrzyczą żale swe." Nawet udało mi się zrymować w tłumaczeniu. Życiowe... Okej, czas na polską wersję tego smutnego tematu:
Pamiętasz, była jesień, Sława Przybylska
Taaak... Kiedyś to się pisało piosenki, co? Gdzie te czasy, kiedy melodia przeboju była budowana na więcej niż czterech dźwiękach, ja się pytam? O interwałach większych niż tercja nie wspominam. Wspomnę za to jeszcze o tekście, który choć może nie zachwycający, to i tak przewyższa co najmniej o klasę większość współczesnych wypocin. Chyba, że ktoś woli potworki w rodzaju "on kocha ją, nie mnie,/ czy nie wiesz, jak to rani mnie". A teraz wychodzimy z pokoju numer osiem i idziemy na hotelowy ganek. A tam:
Willie the Pimp, Frank Zappa
Alfons Wiluś to facio, który nie da sobie dmuchać w kaszę. Sprzedaje najlepsze towarki, nagrywa najbardziej soczyste mięsko, załatwia najgorętsze foczki. A recepcjoniści Hotelu Lido najwyraźniej przymykają na to oczki, hehe. Ponad siedmiominutowa solówka na gitarze świętej pamięci F. Zappy (start ok. 1:10) przeprzeprzegenialna, moim zdaniem jedna z najlepszych w historii. Słuchać głośno! W ogóle całe wykonanie energetyczne maksymalnie i jakieś takie, hmmm... Amerykanie powiedzieliby 'dirty'. Na wokalu świętej też już pamięci nieodżałowany Kapitan Wołowe Serce.Oooh mama, I like it! Panowie byli dyskretni i nie zaglądali do pokojów Hostelu Lido, w 1969 roku, w którym nagranie powstało, rewolucja seksualna dopiero się rozkręcała. O jej efektach możemy posłuchać za to tutaj:
Hotel Room Service, Pitbull
Pozwolę sobie oszczędzić Państwu tłumaczenie. Się Państwo na pewno domyślą, co i jak. A raczej kto i z kim. I czym. I w co. I... okej milknę. Na koniec zapraszam do wysłuchania polskiej wersji powyższego kawałka. Zdecydowanie mniej dosadnej i zdecydowanie bardziej przaśnej oraz jakby bardziej socjologicznie zorientowanej:
Robotniczy hotel, Letni Chamski Podryw
W tekście pada cena noclegu - 34zł. Chyba za pokój. Zupełnie inna liga. U nas jest od 35zł za osobę. W dwunastoosobowym dormie...