28.11.2011

Poniedziałek, zmiana h2 - czyli Kaf. 4

W ramach cyklu kafelkowego - dziś odsłona czwarta. Zagajam: otóż wśród zainteresowań Waszego Ciecia, których liczba tak niezliczona i nieogarniona, jak niezliczona i nieogarniona jest wszechświatowa chwała Magicznego Miasta, znajduje się urbanistyka. Postrzegając Cieciową metropolię przez jej pryzmat, dojdzie się do niechybnego wniosku, iż tak naprawdę metropolią to ona niestety... nie jest. Nie będę wdawał się w szczegóły. Powiem tylko, że szacowne mury Magicznego Miasta, pamiętające jeszcze historię żółtej ciżemki, stały w najlepsze jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku. Wszystko, co poza ich obrębem, choć formalnie sukcesywnie włączane w obręb miasta, miało faktycznie właściwie charakter podgrodzia. Wyglądało mizernie. Nie dużo bardziej mizernie niż to, co wewnątrz murów zresztą... Nasz hostel znajduje się jakieś 150 metrów od jedynych pozostałości owych murów, ocalonych dla potomności wraz z pewnym okrągłym budynkiem obronnym na literę 'B' oraz bramą miejską na literę 'F'. Nazw nie wymienię. Teraz jest tu przyjemny kawałek placu (pomijam fakt, że wystarczy 5 minut drogi na północ i kończy się Magicznemu Miastu śródmiejska tkanka urbanistyczna). Ale stosunkowo niedawno pasły się przysłowiowe krowy. Albo kozy. Albo kury. Oto dedykacja dla tych ostatnich.

Kaf. 4

26.11.2011

Sobota, zmiana h2 - czyli się budowało...

Orkiestra tusz!


Fasadka nam pięknieje - będzie dobrze. Pamiętacie może, jak jakiś czas temu wyraziłem obawę, co do estetyki tego, co zostawią po sobie renowatorzy naszego budynku? Dziś mogę powiedzieć "będzie dobrze", choć nie dojrzałem jeszcze koloru i rodzaju tynku spod siatki ochraniającej wciąż ustawione obok kamienicy przy placu Matejki 6 rusztowania. Za to widziałem co innego. Tydzień przedostatni minął nam bowiem pod znakiem wymiany okien.

Nooo, teraz to można skakać!

Ku mojej uciesze okazało się, że będą to okna drewniane, a nie plastikowe! Chrzanić Puszczę Białowieską, w kamienicy drewniane okna być muszą i basta. A jak w dodatku będą brązowe, to już w ogóle. Nasze były. Ekipa pracowała bardzo sprawnie, normy świdrowali niczym przodownicy z pewnej, socjalistycznej w treści a narodowej w formie, dzielnicy Magicznego Miasta - cieszącej się zresztą, niesprawiedliwie moim zdaniem, niechlubną sławą. Łolaboga, rozpruli otwory okienne, łoj, wiało po nerach, Jezumaryjo, nakurzyli - ale dalimy rade! A cobyśmy mieli nie dać! Przy okazji - ja, chłopak z bloków - uświadomiłem sobie, jak grube mury stawiano sto lat temu.

Grubość ściany jest proporcjonalna do grubości
portfeli, jaka zostaje naszym gościom po
opłaceniu noclegu w Hostelu Butik.

Ten swoisty stan wyjątkowy został skwapliwie wykorzystany przez Menadżerkę do przeprowadzenia remontów kilku pokojów, z których najpoważniejszy wymagał przebicia dwóch otworów drzwiowych oraz wybudowania ścianki działowej z regipsów i wełny mineralnej. Płyt było ze 20, nosił je również niżej podpisany. W naszym hostelu to nie pierwszyzna, przyzwyczaiłem się - mam dzięki temu bardziej męskie dłonie, tak to sobie tłumaczę. Enyłej - gruzuuuu było co niemiara.

To nie wojna. To nie pustostan. To remont w Hostelu Butik.

 A w tym gruzie... słoma. Się okazało, że ścianki działowe w 1914 robili z dech grubaśnych, potem je obkładali słomą, i dopiero później tynkowali. Wnioskuję, że słoma była po to, by się tynk trzymał. Ale jak się słoma trzymała drewna - nie dojrzałem. Takie to mieli techniki onegdaj. Już teraz wiem, co mógł mieć na myśli Miron Białoszewski, opisując w swoim "Pamiętniku z powstania Warszawskiego" rozpadającą się pod  nawałą Germańskiej pożogi słomianą Stolicę. Tak więc na powierzchni kilku metrów kwadratowych mieliśmy piękną konfrontację dawnych i współczesnych technik budowlanych. Naści i Wam:

MCMXIV.
Tutałzenilewen.

Ale mi się ładnie skomponowało. Dynamika, kierunki przeciwne...  To ostatnie zdjątko trochę jak to (dokumentujące budowę wspomnianej socjalistycznej w treści a narodowej w formie, dzielnicy Magicznego Miasta):

W Lemonie mają album, w którym jest takich więcej. Miodzio!

Czołem, Towarzysze!

23.11.2011

Wtorek, zmiana h3 - czyli Kaf. 3

Nocka pracowita, Cieciuchno m.in. zmienia na portalach ceny pokojów na mistrzostwa Europy w jakiejś nieznanej grze zespołowej, które podobno mają odbyć się w przyszłym roku w naszym kraju. Ja tam nie rozumiem, przecież i tak nikt nie przyjedzie... Dziś wrzutka szybka jak wpłata zaliczki za pośrednictwem serwisu przelewy24.pl (zapraszamy do korzystania z tej formy płatności zarówno w Hostelu Lemon, jak i Hostelu Butik). OTO KAFEL TRZECI!


Kaf. 3

Taaa... i nawet puenty brak.

19.11.2011

Sobota, zmiana h1 - czyli Deadline Bread Recipe albo pichcenie sukcesu rynkowego

Dziś będzie małe gotu-gotu, bo zbliża się termin wielkiego konkursu na hostelowe danie, ogłoszonego przez jeden z apokaliptycznych portali, o których wspominałem jakieś ochnaście notek temu - mianowicie portal HostelBookers. Danie proste i praktyczne, gdyż ponieważ jednym z palących problemów hosteli, nie tylko zresztą Magicznego Miasta, jest sensowne gospodarowanie chlebem. Tudzież ewentualna szybka utylizacja przeterminowanego, zanim zmieni się w biologiczną bombkę. Poniżej przepis, którego głównym bohaterem jest chlebek w dniu swojego, nazwijmy to, dedlajnu. Hir ju ar (in inglisz, of kors).


Toasts a'la Boutique
Recipe for saving almost-out-of-date bread
from Hostel Butik, Kraków, Poland

Step 1
Prepare youreslf - first mentally and then technically. First by relaxing on our beautiful terrace and then by providing following ingredients:


- required number of bread slices (take ones that are close to expiry date, there are some in almost every hostel ;)   
- egg
- milk
- cheese (grab one you have in your stock)
- tomatoes
- mayonnaise
- olive
- any spice you like

plus: cooker, frying pan, soup plate, etc.

Step 2
BEAT AN EGG! Put it into soup plate, add milk and mix both with a fork.

Step 3
Put slices of bread in. Let it soooaaaak... Good! Now the other side.

Step 4
Fry prepared bread on a frying pan using olive oil (oh my, not that much!). When frying other side of a slice, put some cheese on top and cover the frying pan to make it melt better.

Step 5
Put tomato slice on each slice of bread. Add mayonnaise and spices.


Bon appétit! [Did you know that in french it means 'get fat'? No, no, just kidding ;^P]



No i wreszcie clou programu -  myto dla portalu. Bo tak naprawdę tu chodzi o marketing - jeśli myślicie, że to jest notka o gotowaniu, to grubo się mylicie. Miłego tycia, Drodzy Kapitaliści (me included)!

kliknij
Akurat! Nawet nie spróbują pewnie.

16.11.2011

Środa, zmiana h1 - czyli Kaf. 2

Plotę puścić muszę, bo mnie zainspirowała. Menadżerka ma tableta... Nie dojrzałem marki. Chyba Samsung. Od dziś nowego znaczenia nabiera fraza "mieć cały hostel w kieszeni". Natchniony powyższym faktem przedstawiam KAFEL DRUGI!

Kaf. 2

Niniejszym na ręce Menadżerki i wszystkich innych szczęśliwych posiadaczy zazdrosny Cieć składa życzenia miłego pocierania! I wciąż czekam na Państwa propozycje alternatywnych dymków.

13.11.2011

Sobota, zmiana h3 - czyli ciecie na celuloidzie

Był Nocny portier w reż. Liliany Cavani z Dirkiem Bogardem w tytułowej roli emerytowanego oficera SS, pracującego w wiedeńskim hotelu, spotykajacego po latach Żydówkę, która była ofiarą jego perwersyjnych praktyk. Fetyszyzm, sadyzm, hardkor tak zwany. Film znakomity. Był dokument Krzysztofa Kieślowskiego Z punktu widzenia nocnego portiera. Portret służbisty, zwolennika ścisłej kontroli i dyscypliny w pracy, człowieka o umyśle przeżartym przez dawny system. Film znakomity także. Było kompletnie genialne Lśnienie Stanleya Kubricka. Tam Jack Nicholson grał podrzędnego pisarza, który swoją przygodę ze stróżowaniem w odciętym od świata górskim hotelu skończył biegając z siekierą w poszukiwaniu najbliższych członków rodziny. Był... Jak widać motyw cieciostwa pobudza twórców do refleksji i poważnych konstatacji, prowokuje do podjęcia trudnej tematyki oraz penetracji mrocznych zakamarków ludzkiej natury. A co! Ja to wszystko rozumiem, jak Państwo zostaną cieciami, to też Państwo zrozumieją. Można jednak i lżej. Na ekrany polskich kin weszła właśnie amerykańska komedia pt. "Zemsta cieciów"! Tak tak! I podobno nawet niezła. Rzecz dzieje się w nowojorskim hiperluksusowym apartamentowcu. Wieżowiec z widokiem na Central Park, basen na dachu, ful serwis itp. Oczywiście, żeby ten ful serwis był ful, potrzebny jest staff, czyli właśnie tytułowe ciecie. Mieszka sobie w tym wieżowcu pewien obleśnie bogaty finansista... Ponieważ (jeszcze) nie oglądałem, oddaję głos Malwinie Grochowskiej z portalu filmweb.pl:

Przedstawiona w "Zemście" historia bogacza, który zarabiał krocie, spekulując cudzymi oszczędnościami, nieprzypadkowo przypomina losy Bernarda Madoffa. Czarujący Artur Shaw mieszka w luksusowym apartamentowcu na Manhattanie. Jego beztroski tryb życia poznajemy równolegle z nieco trudniejszą egzystencją Josha Kovacsa. Jako menadżer personelu w budynku zamieszkiwanym przez Shawa i jemu podobnych, Kovacs musi zajmować się wszystkimi "kłopotami" bogaczy: dbać o to, żeby w ich mieszkaniach niczego nie brakowało, a gdy trzeba, także zagrać z nimi w szachy lub ukryć kochankę. Obsługa jest tu niewidzialna i niezawodna. Ale tylko do czasu: nawet cierpliwego Kovacsa poniosą nerwy, gdy na jaw wyjdą malwersacje Shawa i fakt, że zdefraudował powierzony mu fundusz emerytalny wszystkich pracowników budynku. Oszusta nie jest w stanie dopaść ani FBI, ani wyrzuty sumienia. Dlatego też "ciecie" postanowią wziąć sprawy w swoje ręce. [...] Niewiele rzeczy sprawia nam, widzom, większą satysfakcję niż oglądanie, jak na ekranie wymierzana jest społeczna sprawiedliwość. Nawet jeśli nie walczymy o nią w rzeczywistości, to poczujemy się lepiej, gdy klepiący biedę bohaterowie odbiorą pieniądze bogatym. Napad przeprowadzony w czystym duchu Robin Hooda jest istotą "Zemsty cieciów". Ale to nie jedyny element filmu, który przyczynił się do jego sukcesu wśród tłumów oburzonych bezczelnością bankierów z Wall Street. Jest w nim jeszcze kilku dobrych aktorów, którzy wymieniają ze sobą przezabawne teksty, a potem podwyższają nam poziom adrenaliny, przeprowadzając ryzykowny napad. W sumie otrzymujemy więc przebojową komedię akcji, a w bonusie przesłanie w sam raz na czasy światowego kryzysu. 

Życiowe. Grają m.in. Alan Alda, Ben Stiller, Eddie Murphy, Casey Affleck, Matthew Broderick. Reżyseruje Bret Rattner. Wcześniej zrobił m.in. trzecią część X-Menów. Proszę się nie śmiać. Bo żeby zrozumieć cieciów, trzeba najpierw zrozumieć superbohaterów.


Wolalbym dać trailer Nocnego portiera, ale tam są "momenty" i się nie godzi... A kto zna jeszcze jakieś filmy o cieciach?

09.11.2011

Wtorek, zmiana h3 - czyli Kaf. 1

Obiecałem ostatnio kontynuację tematu kafli w kuchni Hostelu Butik. I zapowiedziałem, że będzie to kontynuacja nietypowa. Jako się rzekło. Więc tak, koncepcja jest prosta. Każdy kafel dostaje dymki w dowolnej liczbie oraz koniecznym kształcie i... jedziemy! Wolna amerykanka. Tak więc, proszę Państwa, choć kaczki - jak przystało na szanujący się drób - mocno drobią, to przechytrzymy je. Niniejszym ogłaszam, że można klikać w obrazek, by w pełni docenić walory KAFLA PIERWSZEGO, dedykowanego wszystkim tym, którzy pokłócili się w ciągu ostatnich 48 godzin.


Kaf. 1

Czekam na alternatywne propozycje. Zażyjcie coś, tudzież wypalcie albo wypijcie, względnie oglądnijcie transmisję obrad z sejmu, bądź telewizję śniadaniową - i do dzieła!

07.11.2011

Niedziela, zmiana h3 - czyli rozjaŚNIENIE

Na pewno Państwo nie zauważyło - bo się Państwo oczywiście na treści koncentruje, co by nie być o formalizm posądzonym - dlatego informuję: layout odświeżyłem! Rozjaśniamy, rozświetlamy, czcioneczka inna zdeczka, generalnie chyba nowocześniej. I mniej depresyjnie. A - jak mawiał dyrektor mojego ogólniaka - jak się komuś nie podoba, to zawsze może zmienić szkołę. Nie no, okej, tak naprawdę, to czekam na opinie i wskazówki. Będzie larum ogólne, to może wrócimy do dawnego porządku rzeczy.

Wczoraj miałem sen. Koszmar każdego szanującego się ciecia. Nocka, która wymyka się spod kontroli. Goście dostali kręćka i "wyplenili" z pokojów, jak zgłodniałe zombiaki na rave-party w dyskotece Powązki. Za Chiny Ludowe nie chcą iść spać, hałasują, chleją, syfią. Ci którzy nie "wyplenili", z pianą na ustach i walizami w rękach wybywają z hostelu, trzaskając drzwiami i krzycząc coś o skandalu i o tym, że w takich warunkach nie da się spać. Jest tego wszystkiego jakaś surrealna ilość. Pośród tej tłuszczy - ja, mały, bezbronny, wołający o opamiętanie, niesłyszalny. W ręku niedziałająca napadówka. Panikuję, doduszam przycisk, ale agencja ochrony nie przybywa. Schodzę do piwnicy, brnę po kostki w ściekach, nie wiadomo skąd pojawia się nagle obleśna wielka baba, ona też tu śpi. Chce mi zrobić krzywdę...

Sen nie miał puenty. Od puent mamy życie. Cholera, a miałem rozjaśniać.

04.11.2011

Piątek, zmiana h1 - czyli Pan Jan i jego kafle

W Hostelu Butik znajdują się dwa rodzaje kafli. Pierwsze kafle są niezwykle efemeryczne - pojawiają się i znikają w kasie, demoralizując cieciów, przez których ręce przechodzą podczas codziennej recepcjonistycznej orki. Żywot owych kafli jest najwyżej kilkudniowy, potem lądują bezpiecznie w banku, by spokojnie demoralizować tym razem jego radę nadzorczą. Drugie kafle są zdecydowanie bardziej trwałe i znajdują się w hostelowej kuchni. Podobno jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one, powinienem więc właściwie używać nomenklatury mieszkańców Magicznego Miasta - a nazywają oni kafle flizami. Jednak to obrzydliwe słowo, kojarzące mi się nieodparcie ze słowem 'śluz' nie przechodzi mi przez gardło. Podobnie jak powszechne w Magicznym mieście określenie 'wychodzić na pole', zamiast 'wychodzić na dwór', a także jego niedorzeczny wariant 'wychodzić na polko'. Poza tym gdybym użył regionalizmu 'flizy' ,nie byłoby tej błyskotliwej gry słów, czyż nie? ;) Enyłej (to dopiero piękne słowo!), kafle z naszej kuchni to nie są zwykłe kafle. To kafle praktycznie już zabytkowe! Przy wejściu do naszej kamienicy zachowała się data wybudowania: 1914. Wszystko wskazuje na to, że kafelki pochodzą mniej więcej z tego właśnie czasu. Mimo iż nadgryzione juz nieco, wciąż pozostają piełkne i niezwykle niezwyklaste, no i ma się rozumieć magiczne. Białe. Bez grubych fug. Z granatowymi poziomymi pasami na wysokości oczu i przy podłodze oraz pionowymi, mniej więcej co 1,5 metra. Z wystającym, lekko pofalowyanym gzymsikiem wieńczącym górną krawędź glazurowej ściany. Z motywami roślinnymi. I - co najważniejsze - z rozsianymi gdzieniegdzie quasi-rodzajowymi scenkami. Prawdopodobnym producentem kafli jest niejaki:

Ups, wydało się!
Ale co? Kto wie?


Po wyguglowaniu rzeczonego okazuje się, że zakład Pana Jana zostawił swoje glazurowane piętno nie tylko w kamienicy przy pl. Matejki 6, ale na przykład tu. Musiał Pan Jan mieć dużo zamówień bo - jak podaje źródło, które możemy znaleźć tu - prawdopodobnie od 1905 roku był właścicielem kamienicy przy ul. Grodzkiej 49 a dziewięć lat później przejął także sąsiednią kamienicę, znajdującą się pod numerem 47. Zaś źródło, które znajdziecie tu, zaświadcza, że w 1912 roku, podczas Wystawy Architektury i Wnętrz w Otoczeniu Ogrodowem w Krakowie wyłożył Pan Jan z własnej kieszeni 10 koron w ramach datku od "budowniczych, architektów, inżynierów i przemysłowców" (patrz: strona 15). Nie wiem niestety, ile to będzie w przeliczeniu na kafle. Poniżej mała próbka rzemieślniczej sprawności zakładu Pana Jana:

Ups do kwadratu!
Wydało się do kwadratu...
Ale co? Kto wie?




Pozostałe kafle będzie Wasz Cieciuchno prezentował sukcesywnie, mam zresztą pewien pomysł z ową prezentacją związany. Ale nie zdradzam. Wyczekujcie...

01.11.2011

Wtorek, zmiana h1 - czyli legenda o Wielkim Menadżerze i jego ziomalu albo apokryf w Butiku znaleziony

W nawiązaniu do dzisiejszego wiadomego święta pozwalam sobie zaprezentować Państwu treść sensacyjnego rękopisu, znalezionego kilka dni temu podczas, wiadomego już Państwu, remontu fasady naszego budynku: 

Żył sobie dawno temu pewien facet, który zajmował się stosunkowo nieciekawymi sprawami. Generalnie dużo pływał na łódkach. Z ziomalami. Rzucał coś tam sobie do wody, a potem wyciągał za pomocą tego czegoś masę fauny pływającej. I sprzedawał tę faunę. Monotonia. Kryzys wieku średniego. Pewnego razu spotkał jednak pewnego osobnika. Gościu ów wyglądał stosunkowo niepozornie, nie wzbudzał zbytniego zaufania, nie golił się, nie miał portfela, nosił sandały i te sprawy. Zaczął coś facetowi mówić o głębi i skale, średnio zrozumiale, w każdym razie twierdził, że zakłada właśnie zarąbisty hostel i jest jego Wielkim Menadżerem. I właśnie robi rekrutację załogi. Na pytanie gdzie ten fajny obiekcik się będzie znajdował nasz bohater otrzymał dość wymijającą odpowiedź: "hostel mój nie jest z tego świata". Największe jednak zdziwko zaliczył, kiedy okazało się, że Wielki Menadżer ma wobec niego szczególny plan, zamierza mu powierzyć jakieś megaważne stanowisko. To znaczy taka miałaby być Ostateczna Perspektywa, natomiast na razie facet zajmować by się miał promocją nowopowstającego hostelu, tzn. łazić po dzielni, rozdawać ulotki, ustnie zachęcać do odwiedzin i te pe. Żeby się sprawdzić. "Odtąd gości będziesz łowił" - tak mu Menadżer powiedział. No to zaczęli promować. Dobrali sobie jeszcze paru pomocników, nachodzili się po okolicy, różne akcje marketingowe wymyślali, a to darmowe rozdawanie żarcia, a to skandal w głównej świątyni, a to sztuczki z chodzeniem po wodzie. Z rok to wszystko trwało. W międzyczasie okazało się, że Menadżer ma niesamowite umiejętności lecznicze, homeopatię opanował w sposób wręcz cudowny, tak że uzdrowieni przez niego ludzie z marszu właściwie rezerwowali sobie miejsca w jego hostelu. Facet i jego ziomale dziwili się temu wszystkiemu, bo Wielki Menadżer nie wyglądał na jakiegoś Gołębiewskiego czy Hiltona, ale ów zapewnił ich, że nie ma powodu do niepokoju, bo jego Ojciec jest cholernie bogaty i - jak twierdził - "w domu Jego jest mieszkań wiele". Uwierzyli mu - pewnie Stary Wielkiego Menadżera jest jakimś kamienicznikiem czy coś w tym stylu. Generalnie w ciągu tego roku, co tu dużo mówić, narazili się władzom z deczka, bo akcje promocyjne były na granicy prawa i ferment się na dzielni zaczął, a trzeba Wam wiedzieć, że kraj, w którym się to wszystko działo był zmilitaryzowany i miał mocarstwowe aspiracje. Tak więc w ostatecznym rozrachunku wsadzili Wielkiego Menadżera do ciupy, mykiem osądzili i skazali na śmierć. Reszta ekipy się poukrywała z obawy przed zapuszkowaniem. Naszego bohatera prawie złapali, ale w decydującym momencie aż trzy razy zachował zimną krew i nie przyznał się, że jest ziomem Wielkiego Menadżera. Potem jednak żałował. Enyłej, zdziwko było totalne, jak po trzech dniach się okazało, że Wielki Menadżer jednak przeżył i ma się świetnie, ba!, nawet lepiej, bo lewituje, przez drzwi przechodzi i takie tam. Coś jak Steve Jobs. Ziomy były pewne, że teraz to już na pewno wielkie otwarcie hostelu jest bliskie, ale Wielki Menadżer się troszku wymigiwał od odpowiedzi, a po paru tygodniach wybył, tłumacząc, że musi jakieś meble do obiektu pokupować czy coś. A ziomom kazał nadal promować hostel, z tym że już na szerszą skalę. Powiedział im, żeby się nie martwili brakiem wykształcenia,bo przyśle im za jakiś czas kogoś, kto nauczy ich języków. Poruszeni wizją ogólnoświatowej ekspansji ziomale wyruszyli na promocję, przeżyli w trakcie swoich podróży niezliczone przygody, większość z nich zresztą ostatecznie zginęła. Nie wykluczając naszego bohatera. Zanim to się jednak stało zdążył on zarejestrować w rzymskim KRS-ie firmę promocyjno-eventową Hostel Nie Z Tej Ziemi i został jej pierwszym prezesem. Zresztą działa ona do dziś i ma się całkiem dobrze. Hostel zaś nadal pozostaje w sferze planów. Tzn. tak twierdzą niektórzy, część zaś uważa, że jak najbardziej istnieje, tylko trzeba się bardzo postarać, żeby go znaleźć. A jeśli się to już uda, to można w nim spotkać naszego bohatera, który został obsadzony na stanowisku Generalnego Ciecia. Amen.

Marco Zoppo, Święty
Piotr (ok. 1468).
Zwróćmy uwagę na cieciowskie
atrybuty świętego: klucze do
dormitorium, książkę rezerwacji
oraz koc chroniący przed chłodem
podczas zimowych zmian h3.

O święty Cieciu Generalny - jeśli rzeczywiście tam gdzieś jesteś - gdy przyjdzie nasz czas, uchyl nam drzwi do Hostelu Nie Z Tego Świata...