31.05.2012

Czwartek, zmiana h1 - czyli 0'25"

Ćwierć minuty bolesnej prawdy o hostelach w kreskówkowym amerykańskim wydaniu, czyli znakomity Family Guy i jedna z jego słynnych retrospekcji (tłumaczenie moje).



PETER GRIFFIN   Cześć, poproszę pokój, najlepiej taki w którym będę musiał spać z moim plecakiem przytwierdzonym do ciała taśmą klejącą.
CIEĆ   Mamy taki, w którym jacyś włoscy backpackersi porozkładali wszystkie swoje ubrania na każdym łóżku.
PETER GRIFFIN   Doskonale. Czy moi współspacze będą cały czas rozmawiać o mnie w obcym języku?
CIEĆ   Tak, będą, proszę pana.
PETER GRIFFIN   Świetnie. Zamierzam odbierać u was swoją pocztę i chciałbym posiedzieć w tej przegródce przez cztery lata. Acha, przy jakiej ulicy jest czynna łazienka?  


Swoją drogą - stary ten recepcjonista. Prawie tak jak ja ;)

30.05.2012

Środa, zmiana h1 - czyli csíz!




Nie, to nie jest załoga Hostelu Butik. To nasi bratankowie z budapesztańskiego Grandio Party Hostel. Wrzucili to na fejsa wspominanego już kiedyś przeze mnie HostelWorkera. Skandal. Hańba. Grzech ciężki. Zwróćcie uwagę, że na tym zdjęciu nikt się nie uśmiecha. A przecież w hostelach uśmiechamy się cały czas, bo hostele są cool i my w hostelach też jesteśmy cool i to bycie cool też jest cool... Powiedzcie cziiiiz! Mondjátok, hogy "csíz"!

29.05.2012

Wtorek, zmiana h1 - czyli piłka w tyle

Najsłynniejsza w ostatnich dniach mieszkanka Magicznego Miasta, słonica Citta, wytypowana do przewidywania wyników meczów na Euro 2012, w zeszłą środę około godz. 9 (jak donosiły media) pokazała wszystkim, że można mieć piłkę nożną w... tyle i przeżyć. Nie było jednak łatwo, kto nie wierzy, niech zerknie na zdjęcia tego, co zostało z nieszczęsnej futbolówki, po zakończeniu podróży we wnętrzu słonicy. Nadwislański gród najwyraźniej wyciągnął wnioski z tego wydarzenia i przewidując, że osobników z podobnym stosunkiem do piłki nożnej może być więcej, wydał bowiem (jak donoszą media) specjalny przewodnik po zabytkach, luksusowych butikach, knajpach i klubach, przeznaczony dla Wifes And Girlfriends przyjeżdżających do Magicznego Miasta piłkarzy Anglii, Holandii i Włoch, zwanych z angielska WAGs. A WAGs z grubsza także mają futbol w tyle. Inna sprawa, że z reguły dużo atrakcyjniejszym niż tył słonicy, bo jak wiadomo partnerki futbolistów muszą reprezentować sobą coś więcej niż średnia krajowa. Egzemplarzy przewodnika ma być około 3 tysiące, wnioskuję więc, że będą mogły z niego skorzystać nie tylko WAGs, ale i wszystkie inne ludzie zmuszeni przez swoje drugie połowy do uczestniczenia w piłkarskim święcie. A jak nazwać polskie WAGs? Oczywiście ŻIDy, czyli Żony I Dziewczyny. Pasuje jak ulał do polskich stadionów. A żeby pasował jeszcze bardziej proponuję wersję rozszerzoną tej nazwy, która brzmi: Żony Y Dziewczyny Zawodników Idących Do Ojro Grupowo Antycypując Zupełny Upadek. Akronim odczytajcie już jednak sami.

27.05.2012

Niedziela, zmiana h3 - czyli oł jea!!!

Zaiste, oł jea. Panie i Panowie, Łodeszot Studio Filmowe ma zaszczyt zaprezentować Państwu powstały w ciągu 48 godzin film krótkometrażowy pt. "Pończocha", reprezentujący kategorię mockumentary - zdobywcę nagrody specjalnej jury za nowatorski język filmowy oraz nagrody za najlepszą rolę żęńską dla Leny Schimscheiner na krakowskiej edycji The 48 Hour Film Project Festival. Dziękujemy Bogu oraz Hostelowi Butik za umożliwienie nam poznania się, bez którego nie popełnilibyśmy poniższej produkcji. Jednocześnie ostrzegamy - to nie jest nasze ostatnie słowo...



23.05.2012

Środa, zmiana h2 - czyli DJ Cieć prezentuje, część 5. albo tymczasem

Odreagowuję nadal weekendowe emocje. Pomyślałem, że upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu i zapodam notkę muzyczną, która pozwoli mi głębiej wejść w medytacyjny nastrój ciepłego majowego wieczora. Do tego celu w sam raz nada się album Moby'ego pt. Hotel, a ściślej mówiąc jego drugi, mniej znany i mniej przebojowy dodatkowy dysk Hotel:Ambient, dodawany do pierwszych egzemplarzy "właściwego" longpleja. Rzecz z 2005 roku, a więc już wiekowa.

Moby - Swear

Od kiedy usłyszałem prekursora gatunku, słynne Music for Aiports Briana Eno, stałem się fanem ambientowych pejzaży. Ambient jest postrzegany jako muzyka tła, muzyka która powinna towarzyszyć człowiekowi w jego codziennych czynnościach. Dlatego jest mocno związana ze specyficznym charakterem miejsca, w którym jest prezentowana. Powinna funkcjonować w określonej przestrzeni i docierać do odbiorcy na poziomie podświadomości. Podobno Eno wymyślił ambient podczas przymusowego kilkugodzinnego pobytu na jednym z niemieckich lotnisk, zauważywszy jak nerwowa atmosfera panuje w terminalu. Jego album miał wprowadzać w przestrzeń lotniska delikatny, spokojny rytm i oddawać atmosferę odlotu, łączyć w sobie poczucie tymczasowości i ponadczasowości.

Moby - Homeward Angel 


Właśnie. Ambient świetnie sprawdza się w miejscach, które przejawiają te niejednoznaczną jakość, gromadzą ludzi tylko na krótki czas, zagęszczają w jednym miejscu indywidualne ludzkie losy, by potem rozproszyć je w różnych kierunkach. Takimi miejscami sa na przykład: dworce, stacje benzynowe, czy wreszcie... hotele. Kto oglądał Między słowami Sophii Coppoli, będzie wiedział o co chodzi.

Moby - Aerial

Oddajmy głos Moby'emu (tłumaczenie moje): Tytuł Hotel jest zainspirowany głownie ideą tymczasowości, zwłaszcza tymczasowyości międzyludzkich relacji. Być może znane wam jest doświadczenie znalezienia się w relacji, która jest pełna ciepła i miłości oraz szacunku i przyciągania, ale która pod koniec dnia -przestanie działać? Jesteście w relacji, ale wiecie, że będziecie musieli odejść. I świadomość tej tymczasowości czyni ciepło i intymność jeszcze silniejszymi i bardziej intensywnymi. Wszystko w naszych życiach jest tymczasowe, włącznie z samym życiem, oczywiście. (...) Zatrzymujemy się w hotelach na krótki czas. Są one miejscami w których żyjemy, ale nie są naszymi domami.

Na koniec coś, co znamy. Właśnie z płyty Hotel. Miłych podrózy!

Moby - In This World

21.05.2012

Poniedziałek, zmiana h2 - czyli po akcji...

Dżizas, jestem wykończony. Chodzi oczywiście o film. 7 minut i 21 sekund, włączając napisy. A żeby tyle powstało- dwa dni praktycznie bez zmrużenia oka. Nie spałem z piątku na sobotę w ogóle. Z soboty na niedzielę - 15 minut. Dopiero dzisiejszej nocy normalnie. Oczywiście oprócz tego cała sobota i niedziela na najwyższych obrotach. Ale dopięlismy swego, oczywiście nie bez przygód. Wylosowaliśmy dość szczęśliwie, bo dostaliśmy gatunek, którego nazwa brzmi z angielska "mockumentary". Formuła fałszywego dokumentu wydała nam się stosunkowo pociągająca i - co ważne - okazała się bardzo pojemna, jeśli chodzi o możliwości wrzucenia w jej ramy różnych opowieści. Może być przecież dokument, który jest jednocześnie np. horrorem albo parodią telewizyjnego programu na żywo, lub też powiedzmy filmem historycznym. Pewne było to, że bohaterem miał być Korfanty Szpak, notariusz (bądź jego żeńska wersja Katarzyna), rekwizytem - latarka, a kwestia do wypowiedzenia brzmiała: Odpuść, dlaczego tak kurczowo się trzymasz? Nie powiem, jaką historię wymyśliliśmy, zdradzę tylko, że efektem jest swoiste dokumentalne kino drogi. Ze słodko-gorzkim finałem.  W hostelu nie kręciliśmy, dług organizatorom spłaciliśmy 15-sekundową sceną na magicznomiejskim Rynku Głównym. Za to matematycznie rzecz ujmując butikowo-lemonowa załoga stanowiła 40 procent z 10-osobowej ekipy, tworzącej film. Nadmieńmy, że niezwykle wazne 40 procent ;) Teraz czekamy na wyniki, które już w najbliższą sobotę. Jak stwierdził Współbrat w Cieciostwie K. - "cholera, to się ogląda", więc może i jury tak stwierdzi. A jest ono nie byle jakie: reżyserka Pręg Senności Magdalena Piekorz, producent Łukasz Dzięcioł i aktor (m.in. Dług) Robert Gonera. Nie puszczajcie jeszcze kciuków.

17.05.2012

Środa, zmiana h1 - czyli akcja!

Jeśli myślicie, że za recepcyjnymi ladami hosteli Magicznego Miasta siedzą życiowi nieudacznicy - to może... macie rację. Ale tylko częściową. Bo nawet jeśli - to są to nieudacznicy z potencjałem. Na przykład twórczym. Cholera, hosty naprawdę jednoczą ciekawych ludzi. Robimy film. Krótkometrażowy - ale film. My, czyli ekipa złożona z kilku wyjątkowych osób, które poznałem w trakcie mojej już niemal dwuletniej pracy w recepcji hostelu Lemon i Hostelu Butik. Mamy menadżera, który pracuje w korporacji umie organizować sprawy, mamy kogoś po reżyserii teatralnej, który onegdaj wymiatał w offowym teatrze daleko stąd, mamy gościa po teorii muzyki, który jest autorem pierwszej w Polsce pracy o... szumie i uwielbia Valerego Gergieva, mamy człowieka, który był współautorem pierwszego w polsce lipduba... I mamy zadanie - The 48 Hour Film Project, festiwal który od 10 lat odbywa się przez cały rok w różnych miastach świata, a w tym roku po raz pierwszy zawitał do Magicznego Miasta. Idea jest prosta. Zbiera się ekipę, organizuje się sprzęt, szuka aktorów, przygotowuje organizacyjnie i mentalnie. Jutro o godz 18 w magicznomiejskim klubie Fabryka spotyka się ponad 30 zgłoszonych grup, które otrzymują wytyczne: nazwisko i zawód bohatera filmu, rekwizyt który musi pojawić się na ekranie, kwestię, która musi być wypowiedziana przez którąś z postaci oraz gatunek filmowy. Dodatkowy warunek - filom musi choć po części "dziać się" w Magicznym Mieście. Reszta należy do nas: w ciągu 48 godzin musimy wymyślić scenariusz, zorganizować produkcję, nakręcić, zmontować, udźwiękowić i dostarczyć do Fabryki (do niedzieli wieczór) gotowy 7-minutowy film. 26 maja ogłoszenie wyników. Szczegóły na www.48hfpkrakow.pl. Będzie się działo. Trzymajcie kciuki! A teraz spadam na casting...

16.05.2012

Środa, zmiana h1 - czyli rocznicowo, hostelowo

Wczoraj minęła 138 rocznica urodzin Richarda Schirrmanna, założyciela pierwszego schroniska młodzieżowego na świecie. Schirrman był pruskim nauczycielem, urodził się we wsi Grunenfeld, która obecnie znajduje się w granicach Polski, w województwie warmińsko-mazurskim i nosi nazwę Gronówko. Pracował w Gelsenkirchen. Był miłośnikiem wycieczek i często zabierał swoich uczniów na różne wypady, czym podobno naraził się lokalnym szkolnym władzom i w 1903 roku został przeniesiony do miejscowości Altena na zachodzie Niemiec. Tam jednak kontynuował swoją pasję. Podczas jednej z wypraw jego grupę zaskoczyło załamanie pogody i musiała schronić się na noc w pobliskiej szkole. To wydarzenie zainspirowało go do rozpoczęcia pracy nad stworzeniem niedrogiego obiektu noclegowego, który mógłby służyć młodzieżowym grupom. W 1912 roku (równo sto lat temu!) zebrawszy odpowiednie fundusze, otworzył schronisko w zamku w Altena. Ktoś mógłby pomyśleć: nic wielkiego, ale trzeba pamiętać o czasach, w których się to działo. Schirrmann szedł pod prąd ówczesnej obyczajowości - pomysł żeby młodzi ludzie mogli swobodnie podróżować, spotykać się, nocować w wieloosobowych pokojach koedukacyjnych był niezwykle śmiały w epoce mieszczańskich konwenansów. Kolejne schroniska zakładane przez Schirrmanna były powiązane z ideologią Niemieckiego Ruchu Młodzieżowego, którego zadaniem była między innymi opieka nad biedną miejską młodzieżą i umożliwienie jej kontaktu z przyrodą i czystym środowiskiem oraz nauka odpowiedzialności i socjalizacja. Młodzi goście mieli sami opiekować się zajmowanym przez siebie schroniskiem, sprzątać, rąbać drewno, prać po sobie itp.
Idea Schirmanna prędko zyskała uznanie w innych częściach świata i w 1932 pod jego przewodnictwem powstała Międzynarodowa Federacja Schronisk Młodzieżowych (International Youth Hostel Federation). Członkiem-założycielem organizacji była także Polska. Współczesne hostele są swoistą kontynuacją Schirrmannowskich schronisk, oczywiście dużo bardziej skomercjalizowaną. Ale rdzeń pozostał ten sam: integracja, niski koszt, nieformalna atmosfera, pokoje wieloosobowe, wspólne kuchnie, klimat "turystycznej przygody"... No i ciecie, oczywiście.

Pan Schirrmann właśnie zaczyna ziewać pod wpływem
mojej notki. Za chwilę wyjdzie z kadru, żeby
zdrzemnąć się w dormie.


14.05.2012

Poniedziałek, zmiana h3 - czyli przychodzi Niesiołowski do hostelu

Głęboko poruszony wydarzeniami z piątkowej blokady sejmu, pozwalam sobie umieścić niepoprawną politycznie scenkę rodzajową poniższego kształtu:

Przychodzi Stefan Niesiołowski do hostelu:
- Czym mogę służyć?
- Won stąd.

Prof. Stefan Niesiołowski wychodzi ze szpitala
po rekonwalescencji, którą musiał przebyć w wyniku
wydarzeń w jednym z krakowskich hosteli.
Nie wnioskował o obdukcję.

12.05.2012

Sobota, zmiana h3 - czyli nietypowe ho(s)tele, część 4..

Tą razą obiekt noże nie tyle wybitnie nietypowy, co po prostu Cieciowi podobający się i zdecydowanie wyróżniający się w porównaniu z polskimi odpowiednikami. Mamy tu do czynienia z adaptacją około stuletniej kamienicy, zlokalizowanej w zabytkowym, pamiętającym jeszcze czasy Cesarstwa Rzymskiego, centrum chorwackiego Splitu. Tak więc warunki zbliżone do magicznomiejskich. Budynek funkcjonował przez jakiś czas jako duży sklep i - jak twierdzą właściciele - jego obecne wnętrze jest kombinacją japońskiego hotelu kapsułowego i domu towarowego. Mury zostały, wnętrze wypatroszono (zachowano tylko klatkę schodową) i wrzucono do niego labirynt 29 nieregularnych pokojów różnego typu. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jaką kasę trzeba wyłożyć, żeby w tak spójny, przemyślany i kompleksowy sposób zaadaptować niemal 1500 metrów kwadratowych powierzchni. W dodatku w 100 dni.  Ważna uwaga - Goli&Bosi Hostel należy do kategorii design hoteli, albo inaczej hoteli butikowych (skąd ja znam tę nazwę...), czyli stosunkowo niewielkich obiektów, przeznaczonych dla bogatszych i bardziej wymagających gości, dla których priorytetową sprawą podczas pobytu jest oryginalny i atrakcyjny wystrój wnętrz, ciekawe koncepty aranżacyjne i fantastyczne projekty mebli. Jednym słowem - przeniesienie się w inny wymiar. W opisywanym przypadku - że tak to szumnie ujmę - wkraczamy do świata siarczanego minimalizmu, dominujący w hostelu żółty kolor jest bowiem nawiązaniem do koloru siarki, a Split podobno słynął w dawnych czasach z leczniczych siarczanych źródeł, w których można było zażywać kąpieli. Enyłej, nie ma siary - Goli&Bosi Hostel został wybrany drugim hostelem świata przez serwis VirtualTourist.com. cena za doubla z łazienką? Spieszcie się - w czerwcu 96 euro, potem już 110. A na zachętę zdjątko. Reszta tu.

Nie, to nie awaria klozetów, to tylko siarka.

10.05.2012

Czwartek, zmiana h1 - czyli 5 minut do kina

37. Gdynia Film Festival w toku, Cieć - ostatnio mocniej zainteresowany kinem (za kilka dni wyjaśnię dlaczego...) - czeka na sobotnią galę finałową, a tymczasem wczoraj Polski Instytut Sztuki Filmowej wręczył w trakcie imprezy swoje nagrody. Czemu o tym? Bo jedną z nich - nagrodę dla najlepszego polskiego kina minionego roku otrzymało kino z Magicznego Miasta! Nazywa się Centrum Kinowe Ars i ma status miejsca kultowego, które przynajmniej raz odwiedził chyba każdy szanujący się magicznomiejski konsument kultury. Moje najbardziej intensywne wspomnienie związane z Arsem to projekcja "Ukrytego" w reż. Michaela Haneke, która była jednym z najintensywniejszych przeżyć estetycznych w moim życiu. Odbyła się w sali "Sztuka", największej sali kompleksu i jednej z najstarszych sal kinowych w mieście, otwartej w 1916 roku. Czemu o tym? Bo - o ironio - mieszczące się w kamienicy przy ul. św. Jana 6 kino Ars walczy o przetrwanie. Pisał o tym nawet brytyjski The Guardian. Aby po zarządzonej w marcu przez właścicieli budynku drastycznej podwyżce czynszu mogło utrzymać się na rynku, musiało pozbyć się właśnie wspomnianej sali. Oby na tym się skończyło. Skoro o nagrodach mowa - warto w tym miejscu wspomnieć także o drugim magicznym staromiejskim kinie, Kinie Pod Baranami, które z kolei w 2008 roku zdobyło nagrodę sieci Europa Cinemas dla najlepszego kina w Europie. Ilekroć butikowy gość pyta mnie o ciekawe seanse filmowe, polecam mu Ars lub Pod Baranami, tym bardziej, że znajdują się 5 minut spacerkiem od naszego hosta.

08.05.2012

Wtorek, zmiana h3 - czyli friki, część 5. albo żałoba na ul.Rozrywka

Panie, się działo! Koleżeństwo cieciostwo doniosło mi, co następuje: ostatnio gościlismy w Hostelu Butik dziewięciu Szkotów, którzy przyjechali na tzw. stag party, czyli mówiąc po naszemu - wieczór kawalerski. Grupy stagów są w hostelach grupami specjalnej troski, gdyż mieszkańcy wysp to ludzie nie tylko dość krewcy ale i lubujący się w doświadczaniu egzystencjalnego dna, a jak wiadomo impreza kawalerska jest do tego świetną okazją. W Butiku jesteśmy otwarci na wszelkie formy spędzania pobytu w Magicznym Mieście, pod warunkiem, że podczas meldowania goście zdradzający ciągoty do upodlenia podadzą nam numer karty kredytowej, z której podczas wymeldowania będziemy mogli ściągnąć kwotę potrzebną na remont zdemolowanego pokoju. Plus prowizja. Tak więć przyjęliśmy Szkotów ciepło i serdecznie. Tym razem jednak dno okazało się podwójne. Otóż parę dniu przed przyjazdem Pana Młodego... rzuciła narzeczona. Bilety były już kupione a zaliczka - wpłacona, więc panowie postanowili nie odwoływać pobytu i wbić klina żałobie. Rozpoczęli - ma się rozumieć - już w hostelu, a potem udali się zygzakiem na miasto. Co działo się dalej - Bóg jeden raczy wiedzieć. Pewne jest jedno - przez całą zeszłą noc wracali pojedynczo, każdy o innej porze. Ostatni przybył o 7 rano w stanie uniemożliwiającym jakąkolwiek komunikację. Prawdopodobnie funkcjonował na poziomie jednokomórkowca - jedyne co był w stanie zrobić, to rozróżnić światło od ciemności. Po południu wrócili do życia i wtedy okazało się, że niedoszłego Pana Młodego nie ma wśród nich. Być może utonął we łzach żalu. Niepewność trwała stosunkowo krótko, bo około godziny 13 otrzymaliśmy telefon ze słynnej magicznomiejskiej izby wytrzeźwień (która, nomen omen, mieści się przy ul. Rozrywka). Okazało się, że leży u nich jakiś pijany Wyspiarz, który nie jest w stanie się wysłowić i nie ma przy sobie żadnych dokumentów. Jedyna wskazówka, którą znaleźli to karteczka z napisem plac Matejki 6, którą prawdopodobnie zapobiegawczo napisał dla przyszłego znalazcy, gdy jeszcze potrafił utrzymać długopis. po google'u do kłębka. Tak więc zguba się znalazła, acz nie była to tak radosna wiadomość, jak by się wydawało, bowiem ziomale byli przekonani, że delikwent jest "in prison" i pomimo usilnych tłumaczeń nie byli w stanie zrozumieć, na czym polega instytucja polskiej izby wytrzeźwień. W ostatecznej ostateczności wykupili kumpla za 250 peelenów i żyli długo i szczęśliwie.
Acha, żeby nie było, że tak bez puenty - oto morał: oczywiście wszystko przez kobiety.

06.05.2012

Niedziela, zmiana h2 - czyli w stepie szerokim

Pisałem pod koniec zeszłego miesiąca o ukraińskim sposobie załatwiania biznesowych spraw, no i trzy dni później walnęło w Dniepropietrowsku. Piszę o tym teraz, bo znalazłem fajną stronkę w sam raz dla eurodesperatów. Jeśli ktoś naprawdę, ale to naprawdę musi pojechać na Ukrainę, by przy okazji Euro 2012 spotkać się z oligarchami, Kozakami i cieniem Czarnobyla , tudzież zostać przypadkową ofiarą detonacji na przystanku autobusowym w stepie szerokim - niech chociaż nie buli szalonych pieniędzy za nocleg, tylko skorzysta z ofert publikowanych tu:

www.rooms4free.org.ua

04.05.2012

Piątek, zmiana h1 - czyli matura a nomenklatura

Siedzi sobie Wasz Cieciuchno na recepcji, a w tym samym czasie stado maturzystów skrobie maturę z polaka. Obgryzam paznokcie ze zdenerwowania i tonę w schizofrenicznym konflikcie: lepsza część mnie życzy młodzianom szczęścia, a gorsza - przeklina i liczy na jak najmnijszą zdawalność. Lepszej połowy nie muszę tłumaczyć, wytłumaczę sposób myślenia gorszej. Rzecz jest prosta. Im mniej zdanych matur, tym mniej kandydatów do wysiudania Ciecia z jego ciepłej posadki. Jak wiadomo bowiem, we współczesnej Polsce posiadanie matury jest konieczne, by mieć jakiekolwiek szanse na objęcie stanowiska ciecia. Właściwie bez zdanego egzaminu dojrzałości nie można już liczyć nawet na posadę sprzątacza. Proszę się nie śmiać. Nazwy zobowiązują. Osoba rozdająca na ulicy ulotki studium językowego jest zwana kolporterem materiałów reklamowych. Kogoś, kto zajmuje się wieczorami naganianiem klientów do magicznomiejskich knajp, poprzez wciskanie ludziom rabatowych kuponów nazywa się promotorem. Sprzątacz - tfu, konserwator powierzchni płaskich - poziomem wykształcenia powinien dostosować się do panującej nomenklatury. Gorsza połowa mnie jest podwójnie wkurzona, strzeliłem sobie bowiem w przysłowiową stopę, gdyż onegdaj na blogu umieściłem wpis o Teatrze Słowackiego i wystawionych w nim przez Wyspiańskiego mickiewiczowskich "Dziadach". Ze zdjęciem w dodatku. Jak pokazują bloggerowe statystyki od lipca zeszłego roku do dziś aż 34 osoby odwiedziły Zcieciawnecie, trafiając tu po wpisaniu taskich słów kluczowych jak "wielka improwizacja konrada" i "dziady wyspiański". Byli to zapewne szukający w sieci informacji maturzyści. Niechcący więc przyczyniłem się do zwiększenia poziomu ich przedegzaminacyjnej wiedzy. A może by tak w ramach dywersji zapodać jakiś fałszywy wpis, dajmy na to o Mrożku jako autorze "Pana Cogito", albo o tym, że oświecenie było przed barokiem?

01.05.2012

Wtorek, zmiana h2 - czyli szał uniesień

Jak cudnie jest w Magicznym Mieście podczas majówki. Brać studencka wybyła do domów i wróci z plecakami pełnymi wałówy dopiero za tydzień. Turystów - wcale nie tak dużo, jak by mogło być. W hostelach wciąż wolne miejsca. W tramwajach i w knajpach - także. Słońce zabija konie. Wawel nadal stoi. Wisła ciągle płynie. Krótkie spodenki na nogach i krótkie notki na blogu. Cieciowi odbija. Szał uniesień - w Sukiennicach i w przenośni. Przyjeżdżajcie do Butiku!

Władysław Podkowiński, Szał uniesień (1894),
Muzeum Narodowe w Krakowie.
Profetyczny obraz, zapowiadający centralne
wydarzenie magicznomiejskiego weekendu
majowego 2012, czyli śmierć dorożkarskiego
 konia w wyniku udaru słonecznego.
Naga kobieta jest oczywiście metaforą upału.