30.08.2011

Wtorek, zmiana h1 - czyli Apokalipsy część trzecia

Towarzystwo się wymeldowało, telefonów z zapytaniami jak na lekarstwo, w głowie bardziej pusto niż zwykle, pomyślałem więc, że strzelę kolejną porcją sekretów portalologicznych. Kto pamięta budzący zgrozę skan, który przedstawiłem w ostatniej notce z mojego apokaliptycznego cyklu? Podpowiadam - flaki lewiatana, 12 lipca. Tego typu ręczne zapiski stanu dostępności pokojów produkowałem regularnie i prawdę powiedziawszy, z coraz większą dezaprobatą. Maziaje takie, pokreślone, popisane, nieczytelne... Fuj! Estetą bowiem Wasz Cieć jest (wprost proporcjonalnie do swojej brzydoty zresztą). Ładu Wasz Cieć szuka. Harmonii. Skoro Dobra nie ma, a tym bardziej Prawdy, to niech chociaż Piękno pozostanie ;) No wiem wiem, nie da się tej triady tak łatwo rozdzielić i nie o samą estetykę oczywiście tu chodzi, bowiem Piękno usystematyzowanego zapisu dostępności prowadzić będzie do Prawdy rzetelnego jej odwzorowania na portalach rezerwacyjnych, co z kolei niechybnie stanie się Dobrem dla naszych gości, bo nie będzie overbookingów. Jakież to wzniosłe. Nosiłem się więc od pewnego momentu z myślą, by usystematyzować moje podejście do portali. Odpowiednią motywację zyskałem jednak dopiero, kiedy awansowałem w pracy na Jedynego Ciecia Odpowiedzialnego za Kontakty z Portalami Rezerwacyjnymi oraz Aktualizację Dostępności w Hostelu Butik. Stanowisko o niebagatelnym znaczeniu, odpowiedzialność poważna, więc podszedłem do sprawy metodycznie. Kontynuując wątek filozoficzny - każdy portal, chyba o tym wspominałem, ma swoją własną, niepowtarzalną i unikalną filozofię zapisu dostępności. Dlatego stan pokojów w hostelu odzwierciedlają na każdym portalu zupełnie inne liczby. Na takim HostelWorldzie na przykład cyfra 2 nie oznacza dwóch wolnych pokojów, ale 2 wolne miejsca. dlatego jeden wolny twin zapisany jest tam właśnie liczbą 2, analogicznie jeden triple to 3, quad to 4, dwa quady to 8, cztery quady to 16, ale 16 to też 8 twinów itd. Do tego dochodzą kategorie - w niektórych portalach mamy tylko pokoje z łazienkami, w innych również te bez łazienek, w jeszcze innych pokój z prywatnym aneksem kuchennym jest liczony osobno, a w następnych wliczany do pozostałych. Jeśli doda się do tego wszystkie kwestie o których wspominałem w poprzednich portalologicznych notkach sprawa urasta do rozmiarów epopeicznych. W ramach mojej prywatnej walki z tą epiką zrobiłem sobie więc tabelki w Excelu. Mam zakładeczki na każdy miesiąc, a w każdej z nich znajduje się tabeleczka podstawowa z rozpisanymi dniami i pokojami oraz tabeleczki pochodne, które to co wpisane jest w tabeleczce podstawowej przeliczają "pod wymagania" konkretnych portalików. Jak ktoś jakiś pokoik rezerwuje, to Cieć wpisuje w pierwszej tabeleczce 0, jak się zwolni - Cieć wpisuje 1. Resztę robi za niego maszyna cyfrowa:) Oczywiście uprzednio odpowiednio zaprogramowana przez mówiącego te słowa, formułami typu C21=ILOCZYN(SUMA(B3:H3);2)   D135=ILOCZYN(SUMA(D3:H3);3)  H7=ILOCZYN(SUMA(D12:G12);4)... A wszystko po to by już nie musieć analizować, tylko po prostu przepisywać mechanicznie odpowiednie wartości z arkusza kalkulacyjnego na stronę portalu. I to jest piękne. I to jest prawdziwe. I dobre to jest. Amen.

28.08.2011

Niedziela, zmiana h1 - czyli motyla noga

Podczas jednej z moich ostatnich nocek, około 24:00, mieszkająca w jednym z pokojów para Włochów zgłosiła poważny problem. W jednym z kinkietów nad ich małżeńskim łóżkiem znaleźli kilka bliżej niezidentyfikowanych owadów. Byli mocno zaaferowani (szczególnie Pani) i proponowali zmianę pokojów. Nie uspokoiła ich moja delikatna sugestia, że pewnie fauna wleciała przez okno i wylądowała w kloszu lampy przyciągnięta światłem. Cóż było robić, migiem opracowałem szybki i prosty plan awaryjny, a następnie uskuteczniłem go w następujący sposób:

1. poszedłem po drabinę do pomieszczenia gospodarczego
2. zaniosłem drabinę do pokoju
3. z recepcji zabrałem tekturowe wieczko od pudełka z papierem do drukarki
4. przyniosłem tekturowe wieczko od pudełka z papierem do drukarki do pokoju
5. odsunąłem łoże od ściany
6. przystawiłem drabinę
7. wszedłem na drabinę
8. podstawiłem pod kinkiet wieczko
9. uświadomiłem sobie że kinkiet się świeci
10. zszedłem z drabiny wciąż trzymając w ręku wieczko
11. odnalazłem wyłącznik kinkietu
12. wyłączyłem kinkiet
13. wszedłem na drabinę
14. ponownie podstawiłem wieczko pod kinkiet
15. odkręciłem plastikową śrubkę przytrzymującą klosz
16. z satysfakcją zaobserwowałem jak fauna spada na uprzednio podstawione wieczko
17. przykręciłem plastikową śrubkę przytrzymującą klosz
18. zszedłem z drabiny wciąż trzymając w ręku wieczko z fauną
19. wyrzuciłem faunę do kosza na korytarzu
20. odłożyłem wieczko w recepcji
21. wróciłem do pokoju
22. odsunąłem drabinę
23. przysunąłem łoże do ściany
24. zabrałem drabinę i na odchodnym...
25. ...pożyczyłem Włochom dobrej nocy
26. zaniosłem drabinę do pomieszczenia gospodarczego

To było sześć, może siedem owadów. Sześć, może siedem. Martwych, motyla noga.

26.08.2011

Czwartek, zmiana h3 - czyli Conan na kursie savoir-vivre'u

Dostało mi się za Huna od "jedzenia" na ostatnim zebraniu. Było bez pytania posprzątać samemu, a jak nie, to przynajmniej zadzwonić do Menadżerki, by własnousznie dowiedzieć się, że trzeba posprzątać samemu. A nie jakieś kodeksy Hammurabiego, samosądy hostelowe. Przyznaję, trochę chciałem się wyżyć. Tą subtelną i zręcznie maskowaną agresją chciałem przykryć strach, który mój kobiecy pierwiastek odczuł na myśl o konfrontacji z treścią pokarmową Huna. Mea culpa maxima. Koniec samokrytyki. Aha, w ramach pokuty zamierzam wybrać się do kina na "Conana Barbarzyńcę". Trzyde, oczywiście.
Dla uważnie śledzących cieciowe perypetie (wierzę, że tam jesteście, macham Wam energicznie kończyną górną bliższą sercu) wyjaśnienie - tak, mieliśmy kolejne zebranie w tym miesiącu. Tym razem tematem naczelnym było układanie grafiku - pierwszy raz wspólnie, demokratycznie i obywatelsko. Koniec dyktatury Menadżerów: nasze ciała - nasze życie. Przyznam, że lekko drżałem na myśl o tym trudnym zadaniu, a strach mój podsycił jeszcze kilka dni temu S., przedstawiając mi kilka znanych mu metod sporządzania grafiku, jak np. metoda "z kapelusza", polegająca na tym, że losowane po kolei osoby wybierają sobie najbardziej odpowiadające im zmiany, aż do zapełnienia kalendarza, a także jej modyfikacja, czyli losowanie kolejno następujących po sobie zmian. Oczywiście wszystko w turach. "Ekstra, u nas to nie przejdzie", pomyślałem wątpiąco i przed oczyma wyświetlił mi się trailer "Conana Barbarzyńcy" zmiksowany z amatorskimi nagraniami kibolskich ustawek. Trzyde. Na zebranie przyszedłem nieuzbrojony, ale siadając przy stole w jadalni, gdzie miało się dokonać rozdzielenie zmian, starałem się wybrać miejsce niedaleko pustego krzesła, by w razie czego mieć pod ręką jakiś cięższy przedmiot. Tymczasem okazało się, że w ciągu 15 minut, nie stosując żadnych szczególnych metod, sporządziliśmy - pod znakomitym i profesjonalnym przewodnictwem siostry w cieciostwie A. - elegancki graficzek, średnio po 21 zmian na osobę, praktycznie bez żadnych poprawek, pokojowo, kulturalnie i z uśmiechem na ustach. Cywilizacja. Co niniejszym zaświadcza Wasz czuły barbarzyńca, pozdrawiając zwyczajowym "aaarrrghh"!

20.08.2011

Sobota, zmiana h2 - czyli it's no fun to be Hun

No i proszę. Życie dopisało postscriptum do mojego wczorajszego wpisu. Jeden z Hunów z dorma przyszedł do recepcji z prośbą o zmianę pościeli na swoim łóżku, bo jak twierdził jest tam "jedzenie". Po czym popędził na miasto. Po dokonaniu komisyjnej inspekcji posłania, przeprowadzonej przez mówiącego te słowa oraz pokojową P., okazało się że Hun... zwymiotował w nocy na materac. Najważniejsze, że nie kłamał. Zaraz pewnie będzie szalał pod sceną na Kanye Weście, szczęśliwy, że po powrocie czeka na niego świeża pościel bez śladów wczorajszej wpadki. Guzik. Nowy komplet dostanie, ale sam sobie go pościeli. A wcześniej wyczyści materac. Nawet wódz Atylla mu nie pomoże. W naszym hostelu it's no fun to be Hun.

19.08.2011

Piątek, zmiana h2 - czyli z dziejów Cesarstwa Rzymskiego

Skandal. Mózg mi się lasuje. Chcąc zalogować się do bloga, by wpisać dzisiejszą notkę, w googlach zamiast frazy "blogger.com" wpisałem... "booking.com". Brakuje jeszcze tylko, żebym odbierając prywatny telefon mówił "Hostel Butik, słucham?" A propos słuchania - dziś w Magicznym Mieście jest Coke. Dla niewtajemniczonych - Coke Live Music Festival. Hostel w gotowości bojowej, najwyższe ceny z cennika zastosowane. W dormitorium dostawiliśmy dodatkowe łóżko piętrowe, żeby przyjąć jak najwięcej rezerwacji od pojedynczych młodych gości, którym zapewne będzie zależeć na tanim noclegu, bo kieszonkowe wybulili na karnet festiwalowy. Już kiedy przyszedłem do pracy, a więc o 15 - godzinę po rozpoczęciu doby hostelowej - pokój wyglądał jak obozowisko Hunów przed ostatecznym atakiem na Cesarstwo Rzymskie. Plecaki, torby, rzeczy osobiste, rozwalona pościel. Tak to jest, jak się każe dwunastu osobom przebywać w stosunkowo małym pomieszczeniu. Dobrze że chociaż jest okno. Z dormami generalnie jest dość specyficznie. Niby łóżka są ponumerowane, niby Hunowie sami sobie je wybierają, niby wiedzą, że nie ma zamianek, a jednak często nie jesteśmy w stanie dojść do tego kto gdzie śpi/spał/będzie spał. Cieć zmienia się wtedy w psa tropiącego, nachyla się nad kontrowersyjnym łózkiem i analizuje - czy taki układ fałd na pościeli oznacza, że Hun tutaj leżał, czy tylko przysiadł na chwilę? Jak to możliwe, że dwie te same skarpetki znajdują się na poręczach dwóch różnych łóżek? Czy rozrzucone rzeczy osobiste oznaczają, że Hun tutaj śpi, czy tylko traktuje wolne łóżko jako półkę? Czy ten zapach... No dobrze, na tym może poprzestanę. Coke'owe towarzystwo wróci dziś po bitwie zapewne późno w nocy rozwibrowane dźwiękami The Kooks czy Interpol i niepokoić będzie zmęczonych nocnym stróżowaniem cieciów z Magicznego Miasta. Będzie dzwonić domofonami, potykać się o rozłożone w pokojach walizki, na szybko kąpać pod prysznicami, robić sobie późną kolację. A następnego ranka nie wstanie przed 10. Ale miękkie serca cieciów zadbają o to, by śniadanie postało dłużej niż zwykle, niech sobie Hunowie pojedzą. Niech zbierają siły na sobotnią inwazję.

15.08.2011

Poniedziałek, zmiana h3 - czyli ctrl+c, ctrl+v, ctrl+Rydzyk

Żeby nie było, że się ciecie obijają na swoich nocnych zmianach - mały dowód. Z mejla od Menadżera:

"Drodzy recepcjoniści
W związku ze zbliżającą się akcją marketingową naszych hosteli i planowaną wysyłką ofert każdy z recepcjonistów dostanie zadanie specjalne - przygotowanie bazy danych szkół z przydzielonego mu województwa."

Dostałem małopolskie i lubuskie. Podstawówki, gimnazja i licea. Nienawidzę Jerzego Buzka. Chrzanię reformę systemu szkolnictwa. Przez nią mam więcej adresów do wpisywania (czytaj - przeklejania). Dodatkowej pikanterii sprawie dodaje fakt, że jestem jeszcze z pokolenia tzw. starej matury (jeśli ktoś się dziwi, czemu robię takie długie wpisy, to teraz już ma odpowiedź). Z tymi adresami, z drugiej strony patrząc, nie jest w sumie tak najgorzej, bowiem - i tu obserwacja pierwsza - sporo szkół po formalnym rozdzieleniu nadal pozostaje w tych samych budynkach i tworzy tzw. zespoły szkolne. Obserwacja druga - niezwykle odkrywcza dla mnie - Gorzów Wielkopolski jest większy od Zielonej Góry! Coś podobnego! Kto z Was był świadomy tego doniosłego faktu? Obserwacja trzecia - znakomita większość polskich szkół, jeśli chodzi o zaawansowanie techniczne oraz projekt stron internetowych zatrzymała się w roku 1997. Stary dobry HTML, rameczki, zakładeczki, koszmarne czcionki i grafiki. Na przykład taka:

Nowoczesne logo polskiej
szkolnej biblioteki.
Sweeet. Obserwacja trzecia - patroni. Te wszystkie Konopnickie, ci Szwoleżerowie, te Jany Pawły, Polonie Belgijskie, matko! Oczyma duszy mej widzę sztandary szkół wnoszone w białych rękawiczkach, hymny, apele, ciała pedagogiczne, przemówienia dyrekcji wymachującej przed twarzami młodzieży kagankiem oświaty... Horror. Na szczęście adresy bywają zabawniejsze. Wśród nich pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu zajął następujący: ul. Spawaczy 3d. I pomyśleć, że adres ten byłby zdecydowanie mniej zabawny jeszcze ze dwa lata temu, zanim w kinach pojawiły się trójwymiarowe filmy. Tyle obserwacji. Ale to nie koniec. Zostały jeszcze dwie refleksje. Pierwsza - miałem naprawdę spory dylemat, czy do listy włączać czy nie włączać specjalnych ośrodków szkolno-wychowawczych, szkół przy pogotowiach opiekuńczych, i zakładach poprawczych. Bo niby dlaczego odmawiać tzw. trudnym dzieciakom możliwości taniego noclegu w Magicznym Mieście? A z drugiej strony - jak powybijają szyby, czy nie daj Boże, zęby jakiemuś recepcjoniście? Takimi to stereotypowymi ścieżkami poruszają się myśli Ciecia na nocnej zmianie, stanowiąc podręcznikowy przykład tego, że wykluczenie społeczne zaczyna się pod sufitami naszych czaszek. Refleksja druga - niby taka głupia lista, a ile emocji, ile wiedzy! Bo czy gdybym nie został cieciem, kiedykolwiek dowiedziałbym się o tym, że Szkołę Podstawową nr 3 im. Marcina Biema w Olkuszu kończyły tak słynne osobistości polskiego szołbiznesu jak Maciej Molęda i... Tadeusz Rydzyk? Nie ma bata. Alleluja!

13.08.2011

Sobota, zmiana h1 - czyli wyznanie latarnika

Dwunastogodzinna zmiana, uff. Zdarza się i tak, w wyjątkowych sytuacjach, tzn. wtedy, gdy nie da się inaczej ułożyć grafiku. Nasz hostel, myślę że podobnie jak większość, pracuje na trzy zmiany. Można się tego było zresztą domyślić, widząc tajemnicze skróty "h1", h2" i "h3" w tytułach moich notek. Co oznacza owo "h", czort jeden wie. Ja optuję za rozwiązaniem najbanalniejszym, czyli - "hostel". A jeśli komuś się kojarzy inaczej, to informuję, że robi błąd ortograficzny;) Gdy okazuje się, że żaden z recepcjonistów nie może wziąć którejś ze zmian, trzeba improwizować. Na przykład podzielić dzień na dwie, a nie trzy części. Bo hostel nie sklep, czynny być musi nieprzerwanie - 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 4 tygodnie w miesiącu, 3 miesiące w kwartale, 4 kwartały w roku, 4 lata w roku olimpijskim, 25 lat olimpijskich w stuleciu... Jesteśmy jak elektrownia, może nie tak ważni, ale jednak. O! Mam lepsze porównanie - jak latarnia morska! Dlaczego? Bo jak ona prowadzimy zbłąkanych podróżników ku spokojnej przystani snu. Nie szkodzi, że w obcym łóżku, nie szkodzi że po 45 peelenów od ciała. Bo czyż nawet obce łóżko nie staje się na czas nocy łóżkiem własnym? Najgłębiej, najintymniej własnym, z całą prawdą chrapania, nocnych potów, rozkopywania kołdry, krzyków przez sen, ślinienia się w poduszkę. Tak, wiem. Potem wstaje świt, ciecie z Magicznego Miasta zaczynają przygotowywać śniadania, jeszcze później przyjeżdża pralnia, zabiera tę całą kompromitującą intymność i pierze ją do czysta. Natura usuwa się w cień - na scenę wychodzi kultura, hierarchie, pozory, maski, udawanie. Ale chociaż noc jest nasza - we śnie wszyscy jeszcze jesteśmy równi, jeszcze tak samo bezbronni, ludzcy. Bez różnic. Wiecie co? Walę się teraz otwartą dłonią w czoło. Jak mogłem być taki głupi. Pracuję w hostelu już od ponad roku, a jeszcze nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby na którejś nocnej zmianie wejść do dormitorium, stanąć w drzwiach i po prostu pobyć trochę ze śpiącymi gośćmi. Posłuchać ich oddechów, poczuć zapach snu. Jestem dziwny? Być może. Latarnicy są dziwni.

10.08.2011

Środa, zmiana h3 - czyli piekarnie, patriarchat, poczucie winy

Są takie dni, w których cieć z Magicznego Miasta dostaje bonusa. Są takie dni, kiedy mniej lub bardziej przewidywalny schemat działania ciecia zostaje przyjemnie naruszony. Są takie dni, kiedy na śniadanie zamawiamy rogaliki francuskie. Słodkie to dni, dni uśmiechu na ustach, błysku w oku, czekolady na zębach i bólu w brzuchu. Bo ile można jechać na nabiale i podrobach? Na warzywkach i serkach topionych? Śniadanie na słodko - to jest to! Oczywiście goście, doświadczający miłej odmiany śniadaniowego menu, i tak wyglądają jakby im było wszystko jedno (odsyłam do jednego z wpisów z poprzedniego miesiąca). Trudno. Ważne, że my się cieszymy. Właściwie nasza cieciowska radość jest odwrotnie proporcjonalna do zadowolenia hostelowych mieszkańców. Cieć bowiem ukontentowany jest tym bardziej, im więcej po śniadaniu zostaje rogali niezjedzonych. Bo tylko o takich mówimy! Myślę, że samo przez się rozumie się, iż recepcjonistyczne sumienie nie pozwala nam jeść świeżych, ciepłych jeszcze nierzadko wypieków. Nie twierdzę, że nie kusi, ale nie dajemy się. W każdym razie ciecie Hostelu Butik się nie dają - jedzą tylko rogale drugiej świeżości. Za pozostałych współbraci nie ręczę. Tu dygresja obyczajowo-kulturowa. Do słabości w temacie rogalików przyznają się jedynie ciecie płci męskiej. Recepcjonista popołudniowej zmiany, do którego obowiązków należy zamówienie odpowiedniej liczby przysmaków na następny dzień, w geście zawodowej solidarności z nieukrywaną radością przekazuje koledze cudowną wiadomość pt. "menadżer kazał i zamówiłem rogaliki". Towarzyszy temu porozumiewawcze spojrzenie, odsłaniające ukryty sens tego pozornie tylko pełniącego funkcję czysto informacyjną stwierdzenia. A sens ten wyraża się w słowie "pojeMY". I jest pięknie, i jest dobrze. Co innego recepcjonistka - tutaj ukryty sens jest inny, przyrostek i rdzeń wyrazu się nie zmieniają, ale końcówka owszem - "pojeCIE". Ilekroć współsiostra w cieciostwie komunikuje mi ten sens, odczuwam swego rodzaju ambiwalencję. Wzrusza mnie to i niepokoi. Wzrusza kobieca patriarchalna troska o szczęście mężczyzny - żywiciela rodziny, a niepokoi przypuszczenie, że troska ta może być tylko przykrywką. Bo one po prostu nie mogą się przyznać, że też lubią rogaliki francuskie. I że cieszą się z nadchodzącej wyżerki. A im bardziej się cieszą, tym bardziej czują się winne. Coś jak na poniższym obrazie. Teraz jest fajnie, ale kontekst podpowiada, że to grzech.

Pieter Bruegel starszy, Kraina pieczonych gołąbków (1566), 
olej na dębowej desce, 52 x 78 cm, Stara Pinakoteka, Monachium

08.08.2011

Poniedziałek, zmiana h2 - czyli notka poświęcona

Jednym z charakterystycznych cech Magicznego Miasta jest - rzucająca się w oczy po przejściu ulicami jego centrum już kilkuset metrów - olbrzymia liczba tablic, upamiętniających mniej lub bardziej istotne wydarzenia bądź osoby. Coś jak w Warszawie, z tym że tam z reguły są to tablice wskazujące na "miejsca uświęcone krwią", a tutaj - po prostu uświęcone (i poświęcone). I nagle okazuje się, że tu mieszkał przez jedną noc Goethe, tam fotografował się Wojtyła, a jeszcze gdzieś indziej wypalił pierwszego skręta Maleńczuk.
Przy bramie Hostelu Butik (niewierzący niech sprawdzą - adres: plac Matejki 6) znajduje się tablica poświęcona mieszkającemu w naszym budynku w latach 1914-15 (czyli tuż po wybudowaniu) Tadeuszowi Pawlikowskiemu.

A Hostel Butik wygląda tak.

Mało komu cokolwiek mówi to nazwisko, ale z racji moich teatralnych zainteresowań, pozwolę sobie skrobnąć parę słów w jego kontekście.

Pan Pawlikowski niewątpliwie miał blisko z domu do pracy, gdyż miejscem jego zatrudnienia był znajdujący się o dwie minuty drogi Teatr Miejski im. Juliusza Słowackiego (mieszkańcy Magicznego Miasta często nazywają go "Słowakiem"), którego Pawlikowski był pierwszym, wieloletnim dyrektorem. Wyglądający jak bombonierka Słowak, jest obecnie w dużej mierze synonimem krakowskiej konserwy kulturalnej.

A Teatr Słowackiego kiedyś wyglądał tak.

Za czasów Pawlikowskiego był za to czymś wręcz przeciwnym, swoistym XIX-wiecznym Imaxem - supernowoczesną, wielką sceną wyposażoną w rozmaite machiny teatralne oraz najnowsze zdobycze techniki. Otwarty w 1893 roku, był Teatr Słowackiego pierwszym budynkiem w Magicznym Mieście, wyposażonym w instalację elektryczną. W prąd służący do oświetlenia zaopatrywała go stojąca obok mala elektrownia! Łał. Pewnie całe Magiczne miasto zjeżdżało tam, by naładować swoje telefony komórkowe ;) O nowoczesności Teatru Miejskiego świadczyły jednak nie tyle nowinki techniczne, co repertuar oraz metody pracy nad przedstawieniami. I to właśnie zasługa Pawlikowskiego. To on wprowadził na polską scenę tak nowoczesnych na ówczesne czasy autorów jak np. Ibsen, to za jego dyrektorowania miała miejsce prapremiera "Wesela" Wyspiańskiego oraz pierwsza inscenizacja "Dziadów" Mickiewicza.

Wielka Improwizacja: Gustaw-Konrad dramatycznie
rozdarty między Dobrem (po lewej) a Złem (po prawej).


Można  by zaryzykować stwierdzenie, że to dzięki Pawlikowskiemu w polskim teatrze pojawił się... reżyser. Tak, tak, wcześniej teatry świetnie obywały się bez kogoś takiego. Po prostu aktorzy sami układali sobie przedstawienie. I to często zaledwie podczas kilku prób. Co prawda nasz bohater tez miał niezłe tempo: wikipedia podaje, że podczas sześciu lat dyrektorowania teatrowi we Lwowie wystawiono tam 302 premiery. Wychodzi po 50 rocznie. To ci statystyki...

To nie Kaszpirowski, to Pawlikowski.

Hmmm, może to dzięki Jego wstawiennictwu mamy w hostelu tak wielu gości?

03.08.2011

Środa, zmiana h3 - czyli wyjście, które wyszło

Kilka dni temu, po raz pierwszy od czasu kiedy zostałem cieciem, pojawiła się na horyzoncie perspektywa wyjścia. Wyjścia do knajpy. Ma się rozumieć innego wyjścia ciecie nie mają, a i to, które mają - raz na ruski rok. Nie jest to bynajmniej żaden zarzut do zwierzchności, wręcz przeciwnie - sami sobie nie organizujemy częściej, to nie wychodzimy. I tylko grzejemy cieciowskie krzesła obrotowe. To nasze, butikowe jest zresztą dużo lepsze od lemonowego, każdy przenoszący się na zastępstwo tu lub tam recepcjonista to potwierdzi. No a dziś wyjście, że tak powiem, nam wyszło i z nieukrywaną przyjemnością - wprost proporcjonalną do ilości wypitych litrów - grzaliśmy magiczne ławy jednego z magicznych klubów Magicznego Miasta. Było fajnie (Menadżer stawiał). Trzeba to powtórzyć (Menadżer będzie nadal stawiał). Towarzyszyły nam trzy nowe siostry: dwie świeżynki praktycznie jeszcze nie obmyte z recepcjonistycznych wód płodowych (2-3 dni stażu), i jedna już z zaschniętym kikutem pępowiny (2 tygodnie). Lekko onieśmielone, zdystansowane, przysłuchujące się i dyskretnie obserwujące nasze przystolikowe poczynania. M. (kolega od pluskiew, ponad półroczny staż, skubany, coraz mniej takich, gdzie ten etos rocznika 2010...) najwyraźniej to zauważył i w akcie samokrytyki stwierdził, że nasze cieciowskie żarty są obiektywnie słabe i niezrozumiałe dla ogółu społeczeństwa. Chyba ma rację. Przykład. W pewnym momencie narodziła się idea jasna i prosta, jak potwierdzenie wpłaty zaliczki - trza coś zjeść. Menadżer zamówił pizzę. (Czy już wspominałem, że wyjście trzeba powtórzyć?) Kiedy czekaliśmy na dostawę, ktoś rzucił, że jak już pan przyjdzie, nie możemy zapomnieć o wzięciu faktury. I koniecznie trzeba sprawdzić, czy adres na druku jest poprawny. W sektorze weteranów cieciowego fachu rozbrzmiał sardoniczny śmiech. W sektorze świeżynek - cisza. Rozumiem je. Ponadto, by dopełnić obrazu nędzy i rozpaczy, okazało się, że M. ma w swoim wynajmowanym pokoju rozłożony na stałe namiot do spania, D. w trakcie imprezy handluje na sztuki papierosami M., a Menadżera na treningach boksu tajskiego już nie biją kobiety. Dręczony niepewnością, w sposobnej chwili zapytałem konfidencjonalnie świeżynek,czy nie jesteśmy przypadkiem dziwni. Odpowiedziały dyplomatycznie, że interesujący. I pewnie sympatyczni. Ciekawe, czy napisałyby to samo w opiniach na hostelworld.com.