14.02.2012

Wtorek, zmiana h1 - czyli walety, Walenty i wallety

Dziękujemy za zainteresowanie naszym hostelem. Potwierdzamy dokonanie wstępnej rezerwacji. 

Termin: 14-15.02.2012

Pokój: dwuosobowy z łóżkiem małżeńskim i prywatną łazienką

Cena: ochnaście zł/pokój/noc.

W cenę wliczone są (...)
 
Podobnej treści maile popłynęły ostatnio do skrzynek odbiorczych wielu zapewne osób w naszym kraju. Double z łazienką. Najbardziej pożądany ostatnimi czasy typ pokoju. Lemon i Butik szczęścliwie wywinęły się tym razem od obowiązku goszczenia zakochańców, bo nasi Italczycy okupują wszystkie miejsca. Cóż, Gołąbeczki, nie ma u nas dla was tym razem pola do popisu. A popisujecie się czasem, oj popisujecie... Ale o tym następnym razem. Dziś, w ramach protestu przeciwko korporacyjnemu, marketingowemu wciskaniu nas w imperialistyczne ramy zzaoceanicznych świąt (od miłości, to my mamy naszą rodzimą, słowiańską Noc Kupały) chciałbym zaproponować kontrświęto. WaleNtynki. W sensie, że bez "n". Święto wszystkich tych, którzy uczciwie płacą za nocleg! Aleosssochodzi, zapytacie. Już tłumaczę. Są tacy, którym w przemyślnie złowrogi sposób udaje się przemycić dodatkową osobę do pokoju, w celu tak zwanego waletowania. Zawsze zastanawiało mnie ilu osobom udało się w ciągu mojej cieciowskiej kariery przespać w hostelu na waleta. Właściwie rzecz jest niezwykle prosta. Nie fotografujemy przecież naszych gości, więc recepcjonista przychodzący dajmy na to na popołudniową zmianę tak naprawdę nie wie jak wyglądają zameldowani przez poprzednika ludzie. Cóż to dla nich za trudność więc, dokooptować do pokoju jeszcze jednego, czy dwóch znajomych. Po hostelu kręci się dużo gości i nie wypada przecież każdemu zadawać podchwytliwe pytania, mające na celu rozpoznanie, czy jego nocleg jest na pewno opłacony. W tym więc miejscu polskie określenie 'walet' niezwykłym zbiegiem okoliczności łączy się z angielskim 'wallet'. Mamy więc Waletynki, świętujemy i dziękujemy ucziwym użytkownikom naszego hosta. Ciesząc się, że jest ich więcej niż nieuczciwych. Ament.

13.02.2012

Niedziela, zmiana h3 - czyli cieć choroba!

Czwarta tura Włochów przybyła dziś do hosta. Tym razem odwiedziło nas południe włoskiego buta, które po angielsku - ani me, ani be. Wszyscy szprechają ino językiem Dantego. Nie jest łatwo, zważywszy na fakt, że takie 'śniadanie' na przykład, to po włosku 'colazione', 'makaron' to 'pasta', a 'kubek' - 'tazza'. Pocieszaja myśl, że przynajmniej 'pizza' znaczy i u nas i u nich to samo. Jako że mam dziś nockę, czeka mnie tytaniczne zadanie przygotowania colazione dla naszej italskiej setki gąb. Doświadczenie zebrałem w zeszłym tygodniu, kiedy trzy noce pod rząd wykładałem papu dla poprzedniej tury. Drożdżówy (byle nie z dżemem, bo nie zejdą, wiemy to odkąd pierwsza tura nie tknęła tego podtypu - co dziwne, bo chleb z dżemem jedli), płaty śniadaniowe w dwóch smakach, jogurtasy, pieczywo chrupkie, miodzio, kawusia, kałkałko i obowiązkowe ciepłe mleczko, po które będą zgłaszać się w rozciągniętych piżamach, szurając nogami w grubych skarpetach i wyciągając śpiochy z oczu. Duże dzieci. Swoją drogą, rzecz znamienna - włoska płeć piękna nie robi sobie nic z ewentualnych konwenansów i na grupowe śniadanie wkracza prosto z łóżek, niemalże w papilotach. Rzecz dla polskich kobiet nie do pomyślenia - bez uprzedniego strzelenia sobie oka ludzkości się raczej nie pokażą. Chyba, że byłyby chore. A i wtedy - tylko, kiedy chore ciężko (czyt.: gorączka powyżej 38,5). I sam nie wiem właściwie, która postawa lepsza. Jako początkujący feminista skłaniam się ku tej drugiej opcji. Ale pozostaję schizofrenicznie rozdarty. Konserwatywna część mnie woła o pomstę do nieba, zniesmaczona "flejowatością" i upadkiem obyczajów Włoszek, a ta bardziej postępowa empatycznie wczuwa się w trudną sytuację płci przeciwnej, ubranej w chomąto społecznych oczekiwań wobec kobiecego wyglądu, i cieszy się z tego przejawu ich rozluźnienia. Dobrze, że mnie nie dotyczy owa społeczna presja. Jak przystało na szanującego się ciecia - a szanujący się cieć jest z definicji mężczyzną - używam jeno mydła, szamponu i dezodorantu. A i to od święta - wierzę bowiem w działanie recepcyjnej lady, która przecież skutecznie izoluje mnie od gości, zmuszając do zachowania bezpiecznego dystansu, nie grożącego higienicznym skandalem. No co, dajmy żyć naszej florze bakteryjnej, Bogu ducha winnej, niech ma coś od życia. Okej, kończę już, bo zaczynam zapuszczać się (nomen omen) w coraz bardziej niebezpieczne rejony ludzkiego doświadczenia. Zmiana h3, 5:30 rano, umysł nie ten, skojarzenia nie takie, żarty nieśmieszne. Koniec bredzenia, czas wykładać buły. Żebym tylko nie zapominał wcześniej umyć rąk. Podobno we Włoszech od czterech dni szaleje epidemia salmonelli. Ciekawe skąd się wzięła...

10.02.2012

Piątek, zmiana h1 - czyli na ustach kleparskiej przekupki albo witaj w domu, Cecylyjo!

Jezumaryjo! Co żeśmy się naczekali, natęsknili tęsknicą niemożebną! Opuściła nas, sieroty, bidoki, jak psy bezpańskie żeśmy się w Mieście Magicznym czuli. Trzy roki bite jejeśmy nie widzieli, jeżdziła pannica po miastach jakowychś zagramanicznych, w Londku była, jak Madrycie miała życie, śliwek węgierek i gulaszu się u Madziarów nakosztowała, podobnież nawet i u Niemca w ichniej stolicy kapkę zabawiła. Kraj swój, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów Nieba, zapoznała, o nas niebogach zapomniała. Boć to powiadają Włoszka ona jest z pochodzenia, Cecylyja jakaś czy inna Sforca Bona, toć i światowa damulka, z łobyczajem łobcym łobyta, zachować się umiała, nic nie marudziła, jeno do oglądania prawą jagodę nadstawiała, zwierza swego czule głaskała, a trza Wam wiedzieć, że krasna ci ona, oj krasna, zdrowa! Czepcem ciasnym glowa zakryta, szyja niby łabędzia, ale bary takie jakby życie całe wodę w nosidłach ze strumienia targała. Aleć i przypomniała se o nas zabiedzonych, tęsknie jak spękana ziemia kropli deszczu życiodajnego na jej powrót tryjumfalny wyczekujących. A terozki to miejscy włodarze szacowni nasi kochanieńcy mądrzy łobiecali, że na dziesięć roków ostanie się z nami już. O radości wielka nieprzenikniona! Te turysty japonckie to terozki do nas jak ptacy niebiescy zlecom, bedom ją oglądać, z prawa, z lewa spozierać, do aparatów swych szatańskich cyfrowych zdejmować. A niech no i zdejmujom, jeno żeby nie błyskali temi błyskami piekielnymi na niom, boć ona przecie nawet ślazów z oczów se podetrzeć nie może, biedniuchna. Profesory i dochtory przyjadom, się bedom głowić, analyzować, jakieś instrumenta złowrogie na nią szykować. Już zresztom zaczęli, jeszcze sie dobrze nie rozejrzała po Mieście Magicznem, a już ją na testa i badania wzieni. Dwa miesiączki jej pono spokoju nie będą dawać, z ludźmi nie dadzą się spotkać, pogadać. Nasamprzód seryję łobrazów w ultrafijolecie wykonajom, potem ją na wylot prześwietlom temi promieniami co to człeka ubranego na goło sprośnie pokazać potrafiom, zaś jakieś podczerwienie jej zafundujom, biedaczce. Nie dość na tym! Całe Miasto Magiczne huczy, że sam minister ze stolycy grosza nie poskąpił, co by naszą pannicę opukać z wszystkuchnych stron, cerę jej posprawdzać, czy zmarszczek i mikrospękań nie ma, interferometryję plamkową w samym Instytucie Katalizy i Fizykochemii Polskiej Akademii Nauk Wszelakich wynalezioną jej zastosują, kamerę hiperspektralną jej nie chcę nawet myśleć gdzie włożą... Ja tam nie wim, po co ten cały ambaras, szlachetna to ona niechybnie i jest, ale przecie nie jakaś królowa angielska, jeno nasza, swojska, zadomowiona, no baba ze szczurem, powiedziałabych, baba ze szczurem i tyla, cóże tam, że ją Leonardo di Caprio namalował...

Leonardo da Vinci, 
Dama z gronostajem (ok. 1490).
Od środy w Krakowie, do obejrzenia
już w kwietniu - 10 minut
piechotą z Hostelu Butik.

9.02.2012

Czwartek, zmiana h1 - czyli kwatera GD, rząd 10, miejsce 10

Z Hostelu Butik jest blisko do pewnego szczególnego obiektu noclegowego. Piętnaście minut spacerem. W obiekcie tym obowiązuje całodobowa cisza nocna. Większość miejsc jest już dawno zarezerwowana, choć termin przyjazdu (tam się zawsze przyjeżdża, nigdy nie przychodzi samemu) nieznany nikomu z przyszłych gości. Towarzystwo - spokojne, nie wymagające. Bywa za to słynne. Termin pobytu - wieczność. Cmentarz Rakowicki. Dziś przybył gość kolejny. Nie podróżował zbyt wiele, musiał mieć po temu naprawdę ważny powód. Na przykład zaproszenie do Sztokholmu, na galę wręczenia Nagrody Nobla. Wisława Szymborska. Z jednej ze swoich podrózy napisała taki wiersz.

Wisława Szymborska
Pisane w hotelu


Kioto ma szczęście,
szczęście ma palące,
skrzydlate dachy,
schodki w gamach.
Sędziwe a zalotne,
kamienne a żywe.
drewniane
a tak jakby z nieba w ziemię rosło.
Kioto jest miastem pięknym
aż do łez.

Prawdziwych łez
pewnego pana,
znawcy zabytków, miłośnika,
który w rozstrzygającej chwili,
przy zielonym stole
zawołał,
że jest przecież tyle gorszych miast -
i rozpłakał się nagle
na swoim krzesełku.

Tak ocalało Kioto
od Hiroszimy stanowczo piękniejsze.
Ale to dawne dzieje.
Nie mogę wiecznie myśleć tylko o tym
ani pytać bez przerwy
co będzie, co będzie.

Na co dzień wierzę w trwałość,
w perspektywy historii,
Nie potrafię gryźć jabłek
w nieustannej grozie.

Słyszę, że Prometeusz ten i ów
chodzi w kasku strażackim
i cieszy się z wnucząt.

Pisząc te swoje wiersze
zastanawiam się,
co w nich, za ile lat
wyda się śmieszne.

Już tylko czasem
ogarnia mnie strach
W podróży.
W obcym mieście.

Gdzie z cegły mur jak mur,
wieża stara bo stara,
łupina tynku pod byle zbyć gzymsem,
pudła mieszkalne nowych dzielnic,
nic,
drzewko bezradne.

Co by tu robił
ten wrażliwy pan,
miłośnik, znawca.

Pożal się z gipsu boże.
Westchnij klasyku
fabrycznym popiersiem.

Już tylko czasem
w mieście, jakich wiele.
W pokoju hotelowym
z widokiem na rynnę
i z niemowlęcym krzykiem
kota pod gwiazdami.

W mieście, gdzie dużo ludzi,
więcej niż na dzbanach,
na filiżankach, spodkach, parawanach.

W mieście, o którym wiem
tę jedną rzecz,
że to nie Kioto,
nie Kioto na pewno.
(z tomu Sto pociech, 1967) 

Recepcjonisty w obiekcie brak, więc gdyby ktoś szukał - podaję numer pokoju Pani Wisławy. Kwatera GD, rząd 10, miejsce 10. 

['] ['] [']

6.02.2012

Niedziela, zmiana h3 - czyli dżanitor w sajberspejsie albo polska język trudna język

Państwo Czytelnictwo wybaczy, że znowu o języku, ale sprawa tłumaczeń polsko-angielskich w pracy ciecia bardzo istotną jest, więc jeszcze chwilę poględzę. Dorwałem pracę współsiostry w cieciostwie K. Cztery bite stroniczki na temat jednej mojej notki. Tej. Ciężkie jest życie tłumacza. Niuanse, wieloznaczności, odwieczne pytania typu: być wiernym literze, czy duchowi tekstu... Twórcza praca, nie ma co. Taka świeckiej pamięci Szymborska bez swoich tłumaczy ceremonie wręczania Nagrody Nobla w telewizji by do końca życia oglądała, uhonorowanych kolegów podziwiając, sama nie doczekawszy wyróżnienia. Może doczekamy kiedyś rzeczywiście sprawnych elektronicznych translatorów, na razie jednak, rezygnując z pomocy żywego pośrednika musimy liczyć się z ryzykiem, że dajmy na to określenie "organy kościelne" zostanie przełożone na tajemnicze "bodies of the Church", a fraza " a im bardziej cholera widzimy, że cholera nie wystartowaliśmy sami" znajdzie uroczy odpowiednik "and the more shit we see that they do not shit we started". Oba przykłady wziąłem z tekstu, który Google Translate wypluło na wyjściu, po wklejeniu wspomnianej notki na wejściu. Tak więc polska język trudna język, jak mawiał mój pan od polskiego z liceum. Weźmy choćby tytułowego 'ciecia'. K. pisze:

Pojawiające się w notce określenie „cieć” sprawiło mi, nieoczekiwanie, duży problem. Jest to potoczne określenie oznaczające dozorcę czy stróża. Według Słownika Języka Polskiego również osobę pełniąca jakąś funkcję społeczną, której obrażanie jest modne w danym środowisku. Poszukiwania podobnego określenia w j. angielskim spełzły na niczym. Wydaje się, że nie istnieje wystarczająco rozpoznawalne, potoczne określenie o podobnym znaczeniu. Jedynym rozwiązaniem jest więc zamiana „ciecia” na neutralnego „receptionist” lub na dozorcę - „janitor”. O ile w zdaniu „ Przy okazji ciecie z Hostelu Butik poćwiczą (...)” nie wyrządza to dużej szkody tekstowi, o tyle w tytule blogu jest to kluczowe słowo, na którym opiera się cały rym. Jako, że „janitor” jest bliższy cieciowi, postanowiłam ten wyraz wykorzystać w tytule. Dla zachowania rymu postanowiłam dorzucić słowo „place” i sieć przetłumaczyć jako „cyberspace”. Całość wyglądałaby więc tak: „Janitor's place in cyberspace”.
Mnie pasi. Rymło się, a to ważne. K. przedstawiła w swoim tekście kilka tego typu problemów, przed którymi stanęła, tłumacząc moją notkę. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, postaram się wydębić od Niej pozwolenie na przesłanie na priva całej pracy. Na koniec - nie mogę sobie odmówić jednego, podsumowującego cytatu autorstwa K.  
Autor jest wykształconym humanistą i wpisy na jego blogu zawierają wiele elementów, które ten fakt potwierdzają. Rezygnacja z nich zniekształciłaby postać autora jako humanisty, Polaka i inteligenta, przebijającą spomiędzy linijek każdej notki.
Wzruszyłem się. Proszę, taka Szymborska nie jest wystarczająco polska, a Cieć - jest. Rafale Blechaczu, dajesz!