Magiczne Miasto miastem tłumów jest. To właśnie ten fakt zainspirował Grzegorza Turnaua do stworzenia pieśni ze słynnym refrenem "zwieść cię może ciągnący ulicami tłum". Bo w w Magicznym Mieście a to papież na Błoniach...
a to pogrzeb prezydenta...
a to kolejki po zapiekanki na pl. Nowym...
czy po lody na ul. Starowiślnej...
Zwariować można. Wszystkie te tłumy podejrzane i niosące zagrożenie niczym, nie przymierzając, grupowa rezerwacja. Niech się uspokoją, niech nie histeryzują. Parafrazując Turnaua: "i tak wszystko ch...". A tym razem znowu... Magiczne Miasto, nieutulone w żalu z powodu nieprzyznania mu tytułu Miasta Gospodarza Euro, dostało na osłodę trzy otwarte treningi mieszkających w nim reprezentacji Anglii, Holandii i Włoch. Darmowe. Chęć zobaczenia na własne oczy gwiazd europejskiego futbolu wyraziła więc spodziewanie duża liczba osób. To znaczy - spodziewanie dla wszystkich, tylko nie dla organizatorów. I skończyło się tak:
Magiczne Miasto zabite na głucho. Koniec igrzysk, zaciskamy pasa. W listopadzie bodajże ogłoszono oficjalnie, że sylwestra w tym roku - niet. Ja tam wybitnie nie żałuję, co to za sylwester, na którego zapraszają jakiegoś Rubika. Kostkę to ja sobie mogę i w domu poukładać. Zeszłoroczna impra sylwestrowa w Magicznym Mieście nazywała się dość kuriozalnie. WOW!night. Weź Odejdź Wpodskokach!night - tak bym to rozwinął. No ja przepraszam, ale jak na zeszłorocznej stronce www tego słynnego magicznomiejskiego wydarzenia przeczytałem frazę uczestników WOW!night, największej klubowej imprezy w Europie, zachęcamy do odnalezienia siebie na megafocie, poczułem się tak, jak chyba nie miałem się poczuć, czyli jak Megacieć. Okej, dość malkontenctwa zaprawionego jadem. W każdym razie - rzeczywiście - jak sylwestrowego koncertu nie ma, to i rezerwacji w hoście jakby troszkę mniej niż w 2010. Negatywny wpływ na sytuację mógł mieć również fakt, że tym razem kalendarz nie dopisał i Nowy Rok przypada na niedzielę. Odbijemy sobie na wiosnę, bo w nadchodzącym roku kalendarz okazał się wyjątkowo korzystny i obrodził nam w przedługaśny weekend majowy. Jeśli dożyjemy - w końcu apokalipsa blisko. Pomijam fakt, że z apokalipsą, czy bez - i tak wszystkich nas czeka egzystencjalna perspektywa najtrafniej określona przez Jana Brzechwę w wierszu pt. "Na straganie": i tak wszyscy zginiemy w zupie. No, ale nawet jeśli, to do tego czasu gdzieś spać trzeba.
Dzisiejszy, SIÓDMY JUŻ KAFEL, z deczka sylwestrowy właśnie, zawiera obserwację paradoksalnego być może nawet faktu, że grupy społeczne uważane za "marginesowe" mają nierzadko lepszy gust muzyczny, niż tak zwani "porządni obywatele".
...a więc proszę Państwa, szkoda, że państwo tego nie widzą, stacje meteorologiczne Magicznego Miasta zanotowały w ciągu ostatnich kilku godzin znaczący wzrost gęstości smogu unoszącego się na głowami mieszkańców grodu, spowił on urokliwe miejskie uliczki mglistym woalem, czym dodał jeszcze miastu owemu magii, jednak jeśli tu przyjedziemy, uważajmy gdy popijać będziemy magiczne piwko w jednej z magicznych knajpek aby nie kaszleć i nie zalać tchawicy solidną porcją magicznego trunku, tchawice bowiem będą nam potrzebne już za pół roku, dlaczego, proszę Państwa, zanim padnie odpowiedź na to pytanie, odpowiedź radosna i przejmująca, odpowiem na pytanie inne, które, jestem tego pewny, urodziło się w Państwa głowach już jakiś czas temu, są przecież Państwo inteligentni i dociekliwi, jak każdy szanujący się Nadwiślanin i dodam, że nie bez przyczyny o narodowościach wspominam i myślę, że tym napomknięciem wywołałem w Państwa głowach kolejne pytanie, istna lawina pytań, nie taka jednak śmiertelna, jakaż to radosna lawina, zresztą przecież nie ma śniegu, coś słaby pod tym względem tegoroczny grudzień, słaby, ale po kolei, skąd ten smog, zastanawiają się Państwo, taak, taak, widzę ich, to hotelarze Magicznego Miasta energicznie zacierają ręce, a znad ich spracowanych dłoni unosi się proszę Państwa dym, dym wywołany tym tarciem unosi się do atmosfery i zwiększa gęstość smogu, teraz już Państwo wiedzą i powtórzę, szkoda że Państwo tego nie widzą, ten smog jest niczym, że tak powiem, Wawelski Smok, bo i smoczy to sukces proszę Państwa, chciałoby się rzec, wielki trzygłowy smok sukcesu szacownego nadwiślańskiego grodu, smok który jednak nie pożera, smok łagodny ale i dynamiczny zarazem, taki to proszę Państwa smok, drodzy Państwo, giganci, co ja mówię, tytani przyjeżdżają do Magicznego Miasta na pobyt swój, trenować będą na obiektach okolicznych, spać miesiąc cały proszę Państwa i być może inne rzeczy robić, któż oni pytacie, będą to mistrzowie niedawni światowi z Krainy Bunga Bunga, wraz z nimi wicemistrzowie obecni z Ziemi Kanabisu Legalnego oraz głodni powtórzenia sukcesu sprzed kilkudziesięciu lat i zdobycia tytułu światowego mistrza fajterzy z Wysp Lewostronnego Ruchu, waleczne to ekipy, krwi że tak powiem żądne, bo i gra niczym bitwa przecież, cytując klasyków dwudziestu dwóch mężczyzn o manualnej sprawności nogi przewyższającej sprawność ręki, uganiających się za skórzanym okrągłym przedmiotem pożądania, ale proszę Państwa, co równie ważne przecież wobec kogo, wobec setek, tysięcy, milionów oglądających przed telewizorami i na żywo i o tych drugich tysiącach właśnie tu mowa i to ze względu na nich tak radośnie zacierają ręce właściciele obiektów noclegowych, bo wraz z drużynami przyjadą niczym dworska czy prezydencka świta oni, kibice wierni i bynajmniej nie bierni przecież, aktywnie kupujący, tłumnie korzystający z usług, również i tych podejrzanego sortu, których szczegóły przemilczę, nadajemy w końcu w paśmie dziennym, muszący coś jeść, gdzieś spać i wydalać, to drugie, a także ze wstydem muszę powiedzieć trzecie, będą robić w lokalnych hotelach, schroniskach, kwaterach prywatnych, kempingach, na dworcach, pod mostami, w parkach i, last but not least, w hostelach, taaak proszę Państwa, co za emocje, kto da więcej, ceny rosną, dym unosi się już nie tylko z rąk ale i znad głów menadżerów i kierowników recepcji, myślą twórczo, myślą intensywnie, jak zrobić, żeby zarobić, czy kibice z Ziemi Kanabisu Legalnego nie będą zbyt często wpadać w depresję, skoro ich kraj jest w jednej czwartej położony pod poziomem morza, czy na potrzeby mieszkańców Wysp Lewostronnego Ruchu przestawić kierunek odkręcania i zakręcania kurków w kranach, czy wreszcie przyjmować ewentualne łapówki za rezerwację lepszych pokojów od gości ze słynącej z korupcji i nepotyzmu Krainy Bunga Bunga, pracownicy obiektów noclegowych dołączają się do zacierania rąk, licząc na premie i podwyżki, choć nie czynią tego tak entuzjastycznie jak kadra kierownicza, lekko być może obawiając się ewentualnych uszkodzeń ciała ze strony znanych z waleczności i zadziorności mieszkańców z Wysp, nie są także pewni czy nie będą musieli sprzątać po przybyszach z Ziemi Kanabisu, którym po skonsumowaniu przywiezionych z kofiszopów zapasów przyjdzie do głowy jeździć po obiekcie rowerami, boją się też nieco, że ich jaźnie zostaną zmasakrowane w wyniku nadmiernego słuchania piosenki "Volare", puszczanej z lubością godną hymnu narodowego przez mieszkańców Krainy Bunga Bunga, mimo tych wszystkich obaw liczą jednak, że będzie dobrze, wierzą że nawet jeśli reprezentacja Nadwiślańskiego kraju jakimś cudem nie wygra tych mistrzostw, to wygrają oni, po trudnej walce, walce okupionej licznymi kontuzjami, ale wygrają, wygrają wspólnie, wygrają wszyscy, wygra Nadwiślański Kraj i wreszcie wygra Magiczne Miasto, zwycięstwem swoim udowadniając sprawność organizacyjną i przekonując niedowiarków, że Zimowa Olimpiada w pobliskiej Śnieżnej Pipidówie jest pomysłem realnym i wartym rozważenia przez międzynarodową opinię publiczną, halo halo Janku, oddaje głos do studia w Warszawie...
Skandal. Mózg mi się lasuje. Chcąc zalogować się do bloga, by wpisać dzisiejszą notkę, w googlach zamiast frazy "blogger.com" wpisałem... "booking.com". Brakuje jeszcze tylko, żebym odbierając prywatny telefon mówił "Hostel Butik, słucham?" A propos słuchania - dziś w Magicznym Mieście jest Coke. Dla niewtajemniczonych - Coke Live Music Festival. Hostel w gotowości bojowej, najwyższe ceny z cennika zastosowane. W dormitorium dostawiliśmy dodatkowe łóżko piętrowe, żeby przyjąć jak najwięcej rezerwacji od pojedynczych młodych gości, którym zapewne będzie zależeć na tanim noclegu, bo kieszonkowe wybulili na karnet festiwalowy. Już kiedy przyszedłem do pracy, a więc o 15 - godzinę po rozpoczęciu doby hostelowej - pokój wyglądał jak obozowisko Hunów przed ostatecznym atakiem na Cesarstwo Rzymskie. Plecaki, torby, rzeczy osobiste, rozwalona pościel. Tak to jest, jak się każe dwunastu osobom przebywać w stosunkowo małym pomieszczeniu. Dobrze że chociaż jest okno. Z dormami generalnie jest dość specyficznie. Niby łóżka są ponumerowane, niby Hunowie sami sobie je wybierają, niby wiedzą, że nie ma zamianek, a jednak często nie jesteśmy w stanie dojść do tego kto gdzie śpi/spał/będzie spał. Cieć zmienia się wtedy w psa tropiącego, nachyla się nad kontrowersyjnym łózkiem i analizuje - czy taki układ fałd na pościeli oznacza, że Hun tutaj leżał, czy tylko przysiadł na chwilę? Jak to możliwe, że dwie te same skarpetki znajdują się na poręczach dwóch różnych łóżek? Czy rozrzucone rzeczy osobiste oznaczają, że Hun tutaj śpi, czy tylko traktuje wolne łóżko jako półkę? Czy ten zapach... No dobrze, na tym może poprzestanę. Coke'owe towarzystwo wróci dziś po bitwie zapewne późno w nocy rozwibrowane dźwiękami The Kooks czy Interpol i niepokoić będzie zmęczonych nocnym stróżowaniem cieciów z Magicznego Miasta. Będzie dzwonić domofonami, potykać się o rozłożone w pokojach walizki, na szybko kąpać pod prysznicami, robić sobie późną kolację. A następnego ranka nie wstanie przed 10. Ale miękkie serca cieciów zadbają o to, by śniadanie postało dłużej niż zwykle, niech sobie Hunowie pojedzą. Niech zbierają siły na sobotnią inwazję.