Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty

16.05.2012

Środa, zmiana h1 - czyli rocznicowo, hostelowo

Wczoraj minęła 138 rocznica urodzin Richarda Schirrmanna, założyciela pierwszego schroniska młodzieżowego na świecie. Schirrman był pruskim nauczycielem, urodził się we wsi Grunenfeld, która obecnie znajduje się w granicach Polski, w województwie warmińsko-mazurskim i nosi nazwę Gronówko. Pracował w Gelsenkirchen. Był miłośnikiem wycieczek i często zabierał swoich uczniów na różne wypady, czym podobno naraził się lokalnym szkolnym władzom i w 1903 roku został przeniesiony do miejscowości Altena na zachodzie Niemiec. Tam jednak kontynuował swoją pasję. Podczas jednej z wypraw jego grupę zaskoczyło załamanie pogody i musiała schronić się na noc w pobliskiej szkole. To wydarzenie zainspirowało go do rozpoczęcia pracy nad stworzeniem niedrogiego obiektu noclegowego, który mógłby służyć młodzieżowym grupom. W 1912 roku (równo sto lat temu!) zebrawszy odpowiednie fundusze, otworzył schronisko w zamku w Altena. Ktoś mógłby pomyśleć: nic wielkiego, ale trzeba pamiętać o czasach, w których się to działo. Schirrmann szedł pod prąd ówczesnej obyczajowości - pomysł żeby młodzi ludzie mogli swobodnie podróżować, spotykać się, nocować w wieloosobowych pokojach koedukacyjnych był niezwykle śmiały w epoce mieszczańskich konwenansów. Kolejne schroniska zakładane przez Schirrmanna były powiązane z ideologią Niemieckiego Ruchu Młodzieżowego, którego zadaniem była między innymi opieka nad biedną miejską młodzieżą i umożliwienie jej kontaktu z przyrodą i czystym środowiskiem oraz nauka odpowiedzialności i socjalizacja. Młodzi goście mieli sami opiekować się zajmowanym przez siebie schroniskiem, sprzątać, rąbać drewno, prać po sobie itp.
Idea Schirmanna prędko zyskała uznanie w innych częściach świata i w 1932 pod jego przewodnictwem powstała Międzynarodowa Federacja Schronisk Młodzieżowych (International Youth Hostel Federation). Członkiem-założycielem organizacji była także Polska. Współczesne hostele są swoistą kontynuacją Schirrmannowskich schronisk, oczywiście dużo bardziej skomercjalizowaną. Ale rdzeń pozostał ten sam: integracja, niski koszt, nieformalna atmosfera, pokoje wieloosobowe, wspólne kuchnie, klimat "turystycznej przygody"... No i ciecie, oczywiście.

Pan Schirrmann właśnie zaczyna ziewać pod wpływem
mojej notki. Za chwilę wyjdzie z kadru, żeby
zdrzemnąć się w dormie.


14.02.2012

Wtorek, zmiana h1 - czyli walety, Walenty i wallety

Dziękujemy za zainteresowanie naszym hostelem. Potwierdzamy dokonanie wstępnej rezerwacji. 

Termin: 14-15.02.2012

Pokój: dwuosobowy z łóżkiem małżeńskim i prywatną łazienką

Cena: ochnaście zł/pokój/noc.

W cenę wliczone są (...)
 
Podobnej treści maile popłynęły ostatnio do skrzynek odbiorczych wielu zapewne osób w naszym kraju. Double z łazienką. Najbardziej pożądany ostatnimi czasy typ pokoju. Lemon i Butik szczęścliwie wywinęły się tym razem od obowiązku goszczenia zakochańców, bo nasi Italczycy okupują wszystkie miejsca. Cóż, Gołąbeczki, nie ma u nas dla was tym razem pola do popisu. A popisujecie się czasem, oj popisujecie... Ale o tym następnym razem. Dziś, w ramach protestu przeciwko korporacyjnemu, marketingowemu wciskaniu nas w imperialistyczne ramy zzaoceanicznych świąt (od miłości, to my mamy naszą rodzimą, słowiańską Noc Kupały) chciałbym zaproponować kontrświęto. WaleNtynki. W sensie, że bez "n". Święto wszystkich tych, którzy uczciwie płacą za nocleg! Aleosssochodzi, zapytacie. Już tłumaczę. Są tacy, którym w przemyślnie złowrogi sposób udaje się przemycić dodatkową osobę do pokoju, w celu tak zwanego waletowania. Zawsze zastanawiało mnie ilu osobom udało się w ciągu mojej cieciowskiej kariery przespać w hostelu na waleta. Właściwie rzecz jest niezwykle prosta. Nie fotografujemy przecież naszych gości, więc recepcjonista przychodzący dajmy na to na popołudniową zmianę tak naprawdę nie wie jak wyglądają zameldowani przez poprzednika ludzie. Cóż to dla nich za trudność więc, dokooptować do pokoju jeszcze jednego, czy dwóch znajomych. Po hostelu kręci się dużo gości i nie wypada przecież każdemu zadawać podchwytliwe pytania, mające na celu rozpoznanie, czy jego nocleg jest na pewno opłacony. W tym więc miejscu polskie określenie 'walet' niezwykłym zbiegiem okoliczności łączy się z angielskim 'wallet'. Mamy więc Waletynki, świętujemy i dziękujemy ucziwym użytkownikom naszego hosta. Ciesząc się, że jest ich więcej niż nieuczciwych. Ament.

9.02.2012

Czwartek, zmiana h1 - czyli kwatera GD, rząd 10, miejsce 10

Z Hostelu Butik jest blisko do pewnego szczególnego obiektu noclegowego. Piętnaście minut spacerem. W obiekcie tym obowiązuje całodobowa cisza nocna. Większość miejsc jest już dawno zarezerwowana, choć termin przyjazdu (tam się zawsze przyjeżdża, nigdy nie przychodzi samemu) nieznany nikomu z przyszłych gości. Towarzystwo - spokojne, nie wymagające. Bywa za to słynne. Termin pobytu - wieczność. Cmentarz Rakowicki. Dziś przybył gość kolejny. Nie podróżował zbyt wiele, musiał mieć po temu naprawdę ważny powód. Na przykład zaproszenie do Sztokholmu, na galę wręczenia Nagrody Nobla. Wisława Szymborska. Z jednej ze swoich podrózy napisała taki wiersz.

Wisława Szymborska
Pisane w hotelu


Kioto ma szczęście,
szczęście ma palące,
skrzydlate dachy,
schodki w gamach.
Sędziwe a zalotne,
kamienne a żywe.
drewniane
a tak jakby z nieba w ziemię rosło.
Kioto jest miastem pięknym
aż do łez.

Prawdziwych łez
pewnego pana,
znawcy zabytków, miłośnika,
który w rozstrzygającej chwili,
przy zielonym stole
zawołał,
że jest przecież tyle gorszych miast -
i rozpłakał się nagle
na swoim krzesełku.

Tak ocalało Kioto
od Hiroszimy stanowczo piękniejsze.
Ale to dawne dzieje.
Nie mogę wiecznie myśleć tylko o tym
ani pytać bez przerwy
co będzie, co będzie.

Na co dzień wierzę w trwałość,
w perspektywy historii,
Nie potrafię gryźć jabłek
w nieustannej grozie.

Słyszę, że Prometeusz ten i ów
chodzi w kasku strażackim
i cieszy się z wnucząt.

Pisząc te swoje wiersze
zastanawiam się,
co w nich, za ile lat
wyda się śmieszne.

Już tylko czasem
ogarnia mnie strach
W podróży.
W obcym mieście.

Gdzie z cegły mur jak mur,
wieża stara bo stara,
łupina tynku pod byle zbyć gzymsem,
pudła mieszkalne nowych dzielnic,
nic,
drzewko bezradne.

Co by tu robił
ten wrażliwy pan,
miłośnik, znawca.

Pożal się z gipsu boże.
Westchnij klasyku
fabrycznym popiersiem.

Już tylko czasem
w mieście, jakich wiele.
W pokoju hotelowym
z widokiem na rynnę
i z niemowlęcym krzykiem
kota pod gwiazdami.

W mieście, gdzie dużo ludzi,
więcej niż na dzbanach,
na filiżankach, spodkach, parawanach.

W mieście, o którym wiem
tę jedną rzecz,
że to nie Kioto,
nie Kioto na pewno.
(z tomu Sto pociech, 1967) 

Recepcjonisty w obiekcie brak, więc gdyby ktoś szukał - podaję numer pokoju Pani Wisławy. Kwatera GD, rząd 10, miejsce 10. 

['] ['] [']

4.01.2012

Środa, zmiana h1 - czyli cielsko Ciecia kontra ergonomia lodówkowych drzwi

Witam w roku apokalipsy. Jak donieśli moi współbracia w cieciostwie sylwek w hoście przebiegł sprawnie i bezboleśnie, nie odnotowano większych zniszczeń tudzież uszczerbków na zdrowiu ani załogi, ani gości. Podobno na dziedzińcu kamienicy - który w Magicznym Mieście nazywany jest podworcem - ktoś odpalił petardę, ale tylko jedną, więc najprawdopodobniej chodziło tylko o swego rodzaju rytualny i symboliczny akt rozpirzenia starego roku w cholerę, aby zrobić w kamienicy przy placu Matejki 6 miejsce dla nowego.
Jak na razie zaczęło się średnio. Wczoraj do dorma zostali - nieopatrznie, moim zdaniem - przyjęci dwaj osobnicy o dość podejrzanych fizjonomiach, którzy wywołali lekki popłoch i dyskomfort szczególnie wśród żeńskiej części mieszkańców pokoju. Pozajmowali nie swoje łóżka, głośno zachowywali się w nocy, a rano spacerowali w parze po hostelu z miną w stylu "tralala, tak sobie chodzę", która niezbyt dobrze kamuflowała wyraźną chęć znalezienia czegokolwiek cennego do tzw. zajumania. I co tu dużo mówić, dopięli swego. Dałem ciała. Cielska nawet. Nie upilnowałem małego boomboxa, który zazwyczaj stał w common roomie. Maleństwo było niebieskie, miało radio, kieszeń na płyty CD, a nawet gniazdo USB. W ten oto sposób zostałem rozdziewiczony w temacie kradzieży na swojej zmianie. Pendrive im w oko. Teraz z drżeniem cieciowego serca czekam na opinię Menadżerki w tej drażliwej sprawie i możliwe konsekwencje. Nie chcę zapeszać, ale chyba się zlitowała...
Nietrudno się domyślić, że w hostelach, tak jak wszędzie, zdarzają się kradzieże, czasem nawet dość bezczelne. Swego czasu na przykład w Lemonie jakiś osobnik pod nieobecność współspaczy z dorma wyłamał plecy tzw. lockera, czyli  szafki, w której mieszkańcy wieloosobowego pokoju mogą zamknąć swoje prywatne rzeczy. W ten sposób od tyłu dostał się do schowanego tam laptopa. O porannym włamie do lemonowej recepcji, pod nieobecność urzędującego w niej ciecia, który akurat przygotowywał śniadanie dla gości, nie wspominając.
Wracając do Butiku, na szczęście niebezpiecznie przechylającą się w stronę mroku energetyczną szalę zrównoważył niezastąpiony Pan Konserwator idąc złym ludzkim uczynkom w sukurs i przestawiając zawiasy w drzwiach dwóch hostelowych lodówek tak, żeby otwierały się w stronę ściany i żeby łatwiej było się dotać do ich wnętrz. Niby niewiele, a jak cieszy. Ergonomio - jesteś lekiem na całe zło.

31.12.2011

Sobota, zmiana h3 - czyli Szczęśliwego Nowego (wy)Roku!

Nie mam w tym roku żadnej zmiany w sylwestra, zresztą w poprzednim też nie miałem. Właściwie nie ma mnie nawet w Magicznym Mieście. Będę jutro. Na razie przebywam w miejscu zwanym przez niektórych Miastem Spotkań i będącym tak samo "spotkań", jak Magiczne Miasto jest "magiczne". Dla uzyskania bardziej dramatycznego i cięższego egzystencjalnie efektu perfidnie podszyłem się pod zmianę współsiostry w cieciostwie, której tym razem przypadła ta jakże wyjątkowa, cudowna i jedyna noc(ka) w roku. Pozdrawiam Cię, J. - parafrazując Williama Sz.: ktoś nie śpi, aby bawić się mógł ktoś. A podszyłem się po to, aby podzielić się z Wami Noworocznymi Postanowieniami Ciecia z Magicznego Miasta. W końcu postanawiać można wszędzie, a cieciem wbrew pozorom jest się zawsze, nawet po wyjściu z pracy.
  1. W cieciostwie swym się doskonalić, albowiem sztuką jest ono i - autentycznie przeżywane - radość nieść może gościom i ukojenie ich dusz
  2. Blogaska pieścić i hołubić, wielość czasu swego mu poświęcając, acz nie tak, by praca odpowiedzialna cieciowska na tym cierpiała, o gości potrzebach i komforcie pobytu nie wspominając
  3. Na tarasie hostelu nie palić, sumiennie wszelkie nocne obchody przeprowadzać i wizytowki obiektu gościom wyjeżdżającym z uśmiechem wręczać, albowiem przykład z góry idzie, nawet jeśli góra owa właściwie dołem jest
  4. Materac przenośny dmuchany - wzorem współbrata w cieciostwie M. - kupić, by pleców swych szlachetnych spaniem na recepcyjnej podłodze więcej już nie doświadczać 
  5. Nad akcentem brytyjskim pracować, by nie tylko Amerykanów, ale i Wyspiarzy kosmopolityzmem swym radować
  6. Z przerzucaniem czasowników na koniec zdania i ogólnopojętą archaizacją stylu skończyć
  7.  Ulissesa Joyce'a przeczytać
Jak myślicie, czy kolejność zaprezentowanych punktów układa się od najważniejszego do najmniej ważnego, czy odwrotnie? Ech... Szczęśliwego Nowego (wy)Roku!

Lekko zagubiony w czasoprzestrzeni
Cieć, z szumem informacyjnym
w częściowo zakutym łbie,
na tle noworocznych fajerwerków.

29.12.2011

Czwartek, zmiana h1 - czyli Kaf 7 albo megafota

Motto:
Nie będzie w tym roku sylwestra.
Nie zagra żadna orkiestra.
Nie spłynie rynsztok szampanem.
Nie pójdzie w tan pani z panem.
(Cieć Cieciowicz)

Magiczne Miasto zabite na głucho. Koniec igrzysk, zaciskamy pasa. W listopadzie bodajże ogłoszono oficjalnie, że sylwestra w tym roku - niet. Ja tam wybitnie nie żałuję, co to za sylwester, na którego zapraszają jakiegoś Rubika. Kostkę to ja sobie mogę i w domu poukładać. Zeszłoroczna impra sylwestrowa w Magicznym Mieście nazywała się dość kuriozalnie. WOW!night. Weź Odejdź Wpodskokach!night - tak bym to rozwinął. No ja przepraszam, ale jak na zeszłorocznej stronce www tego słynnego magicznomiejskiego wydarzenia przeczytałem frazę uczestników WOW!night, największej klubowej imprezy w Europie, zachęcamy do odnalezienia siebie na megafocie, poczułem się tak, jak chyba nie miałem się poczuć, czyli jak Megacieć. Okej, dość malkontenctwa zaprawionego jadem. W każdym razie - rzeczywiście - jak sylwestrowego koncertu nie ma, to i rezerwacji w hoście jakby troszkę mniej niż w 2010. Negatywny wpływ na sytuację mógł mieć również fakt, że tym razem kalendarz nie dopisał i Nowy Rok przypada na niedzielę. Odbijemy sobie na wiosnę, bo w nadchodzącym roku kalendarz okazał się wyjątkowo korzystny i obrodził nam w przedługaśny weekend majowy. Jeśli dożyjemy - w końcu apokalipsa blisko. Pomijam fakt, że z apokalipsą, czy bez - i tak wszystkich nas czeka egzystencjalna perspektywa najtrafniej określona przez Jana Brzechwę w wierszu pt. "Na straganie": i tak wszyscy zginiemy w zupie. No, ale nawet jeśli, to do tego czasu gdzieś spać trzeba.
Dzisiejszy, SIÓDMY JUŻ KAFEL, z deczka sylwestrowy właśnie, zawiera obserwację paradoksalnego być może nawet faktu, że grupy społeczne uważane za "marginesowe" mają nierzadko lepszy gust muzyczny, niż tak zwani "porządni obywatele".

Kaf 7

24.12.2011

Sobota, zmiana h1 - czyli Wesołych Świąt!

Mieliśmy w Butiku zakładową wigilię. Menadżerka sypnęła funduszami, koledzy i koleżanki, pod wodzą współsiostry w cieciostwie J. (brawa!), zajęli się aprowizacją. Cieć zrobił nawet sałatkę, której nikt nie chciał jeść. Było bardzo wesoło, szczególnie pod koniec. Znaleźliśmy na przykład czyjegoś buta w zamrażalniku. Nie wiedziałem, że czerwony barszcz może tak uderzyć do głowy... Generalnie, co tu dużo mówić - pysznie było, ciepło i świątecznie. Niech i u Was tak będzie. Pozwólcie, Drodzy Czytelnicy i Drodzy Goście, że przekażę Wam w imieniu właścicieli, menadżerów i pracowników naszych hosteli świąteczne życzenia:


21.12.2011

Środa, zmiana h2 - czyli Kaf 6 albo błysk samotności

No, spadł wreszcie niewdzięcznik. Śnieg, znaczy. Z tej okazji, jak i na poczet nadchodzących Świąt, odrobina magii na blogu. Jak sobie kursorem poruszacie, to śniegiem delikatnym Wam sypnie. Dopuszczam też interpretację, że to magiczny pył. Ewentualnie kokaina. Tak dyskretnie, niedużo, bo wiem, że internauci nie lubią, jak im się wizual zbytnio osładza. No, chyba, że mają 12 lat i czytają blogi o szczeniaczkach, względnie My Little Pony. Jest też gwiazda. W sensie kometa. A może Wenus. A może Krzyż Południa. Ale krzyż to w sumie nie te święta. To znaczy te też, ale w perspektywie. Ech, trudne to wszysko... Abstrahując od teologiczno-astronomicznych zawiłości, jakbym na ciecieoblogu takie lokalne Google Doodle na różne okazje robił, to by dopiero było! Już mi chyba odbija. Ale wiem nawet czemu.
Gdziesik wyczytałem w gazecie ostatnio, że okres świąteczny charakteryzuje się zwiększonym odczuwaniem samotności. A praca ciecia w Magicznym Mieście wbrew pozorom jest bardziej pracą samotniczą niż drużynową. Niby się wielu gości przewija, międzynarodowe kontakty zawiera, ale wszystko to jakieś takie powierzchowne i w ostatecznym rozrachunku biedne cieciątko zostaje samo wpatrzone w monitor w oczekiwaniu na kolejnego maila z rezerwacją. A już szczególnie da się to odczuć podczas nocnej zmiany o 4 nad ranem. Z tym, że wtedy żadne maile nie przychodzą. A już zdecydowanie szczególnie samotnie jest podczas zmiany w Wigilię. Wiem z autopsji. Poniższy KAFEL SZÓSTY dedykuję wszystkim tym, którym samotność może nie dojmująco, ale jednak troszku doskwiera. Wiem, że to trochę związkocentryczne ujęcie, a nie wszystkie samotności mają tego typu podłoże, ale tak wyszło. Zawsze możecie kontrkafel wystosować. Wiem, wiem, nie chce się nikomu. Jestem samotny w temacie kafli. Chlip, chlip...

Kaf. 6
A jesli los biednej kaczki (kaczora?) jednak nas wzrusza (bo co do losu Ciecia - to nawet się nie łudzę), zawsze możemy trochę kursorem nad nią (nim?) pomachać. Nie żeby miało pomóc, ale przynajmniej pobłyszczy chwilę.

PS
A tak poza tym - a propos błyszczenia - doznałem oświecenia i otagowałem wszystkie notki. Zeszło mi trochę, ale za to teraz można z prawej strony znaleźć ładną chmurkę ze słowami kluczowymi. Mam nadzieję, że zainteresowanym ułatwi to lekturę na konkretne tematy. Jest jeszcze parę innych zmian, myślę że widocznych. Czego się nie robi, by zabić samotność, nie?

12.12.2011

Poniedziałek, zmiana h2 - czyli Kaf. 5

Kontynuując temat świąteczny i wciąż eksplorując nieprawomyślne szlaki skojarzeniowe, pozwalam sobie zaprezentować KAFEL PIĄTY, dedykowany wszystkim tym, którzy po raz kolejny napalili się, a wyszło jak zwykle. Jest to kafel butikowy w podwójnym znaczeniu, raz że z Hostelu Butik (jak już niechybnie Szanowne Państwo Czytelnictwo wie), a dwa, że... a z resztą, zobaczy Państwo samo...

Kaf. 5

Kto co dostał? Chwalcie się!

7.12.2011

Środa, zmiana h2 - czyli Ho, ho, ho, The Number of the Beast

A więc - stało się. Powszechny marsz ku laicyzacji, libertyńska krucjata zachodniej konsumpcyjnej mentalności, inspirowane przez cyniczne ateistyczne korporacje nurty, pochód cywilizacji śmierci, zaraza postoświeceniowego materializmu, powszechny upadek wartości i obyczajów - wszystko to z osobna i razem, oraz więcej jeszcze, dotarło niepostrzeżenie, niczym piąta kolumna, do recepcji Hostelu Butik. Przychodzę ja sobie, proszę Szanownego Państwa, na 3 p.m. do pracy, patrzę ja sobie i oczom mym głęboko osadzonym nie wierzę! Na drzwiach wieńce zdjęte z godła Deutsche Demokratische Republik czy innej Korei Północnej.

O nie! To przecież Hostel Butik, a nie Hostel Good Bye Lenin.

Nic to, myślę. Ale podchodzę ja sobie do recepcyjnej lady, a tam ni mniej ni więcej, tylko model struktury atomowej C2H3OH!

W dodatku w kieliszku!

Czujnie więc idę ja sobie wzdłuż lady owej  i na cóż to się natykam? Na hodowlę marihuany!!

Nie patrzcie dłużej niż 3 sekundy -
grozi uzaleznieniem.

To wszystko jednak nic w porównaniu do tego, co zobaczyłem po chwili, gdy zasiadłem pełen trwogi za recepcyjnym biurkiem. Żeby chociaż jedna była, ale nie, aż trzy wiszą. Jak trzy szóstki w Liczbie Bestii. Aaaaa, satanistyczne pentagramyyyyy!!! Apage!

Może tego nie widać, ale są skąpane w czerwonej posoce...

Nie ma bata, święta za pasem...

1.11.2011

Wtorek, zmiana h1 - czyli legenda o Wielkim Menadżerze i jego ziomalu albo apokryf w Butiku znaleziony

W nawiązaniu do dzisiejszego wiadomego święta pozwalam sobie zaprezentować Państwu treść sensacyjnego rękopisu, znalezionego kilka dni temu podczas, wiadomego już Państwu, remontu fasady naszego budynku: 

Żył sobie dawno temu pewien facet, który zajmował się stosunkowo nieciekawymi sprawami. Generalnie dużo pływał na łódkach. Z ziomalami. Rzucał coś tam sobie do wody, a potem wyciągał za pomocą tego czegoś masę fauny pływającej. I sprzedawał tę faunę. Monotonia. Kryzys wieku średniego. Pewnego razu spotkał jednak pewnego osobnika. Gościu ów wyglądał stosunkowo niepozornie, nie wzbudzał zbytniego zaufania, nie golił się, nie miał portfela, nosił sandały i te sprawy. Zaczął coś facetowi mówić o głębi i skale, średnio zrozumiale, w każdym razie twierdził, że zakłada właśnie zarąbisty hostel i jest jego Wielkim Menadżerem. I właśnie robi rekrutację załogi. Na pytanie gdzie ten fajny obiekcik się będzie znajdował nasz bohater otrzymał dość wymijającą odpowiedź: "hostel mój nie jest z tego świata". Największe jednak zdziwko zaliczył, kiedy okazało się, że Wielki Menadżer ma wobec niego szczególny plan, zamierza mu powierzyć jakieś megaważne stanowisko. To znaczy taka miałaby być Ostateczna Perspektywa, natomiast na razie facet zajmować by się miał promocją nowopowstającego hostelu, tzn. łazić po dzielni, rozdawać ulotki, ustnie zachęcać do odwiedzin i te pe. Żeby się sprawdzić. "Odtąd gości będziesz łowił" - tak mu Menadżer powiedział. No to zaczęli promować. Dobrali sobie jeszcze paru pomocników, nachodzili się po okolicy, różne akcje marketingowe wymyślali, a to darmowe rozdawanie żarcia, a to skandal w głównej świątyni, a to sztuczki z chodzeniem po wodzie. Z rok to wszystko trwało. W międzyczasie okazało się, że Menadżer ma niesamowite umiejętności lecznicze, homeopatię opanował w sposób wręcz cudowny, tak że uzdrowieni przez niego ludzie z marszu właściwie rezerwowali sobie miejsca w jego hostelu. Facet i jego ziomale dziwili się temu wszystkiemu, bo Wielki Menadżer nie wyglądał na jakiegoś Gołębiewskiego czy Hiltona, ale ów zapewnił ich, że nie ma powodu do niepokoju, bo jego Ojciec jest cholernie bogaty i - jak twierdził - "w domu Jego jest mieszkań wiele". Uwierzyli mu - pewnie Stary Wielkiego Menadżera jest jakimś kamienicznikiem czy coś w tym stylu. Generalnie w ciągu tego roku, co tu dużo mówić, narazili się władzom z deczka, bo akcje promocyjne były na granicy prawa i ferment się na dzielni zaczął, a trzeba Wam wiedzieć, że kraj, w którym się to wszystko działo był zmilitaryzowany i miał mocarstwowe aspiracje. Tak więc w ostatecznym rozrachunku wsadzili Wielkiego Menadżera do ciupy, mykiem osądzili i skazali na śmierć. Reszta ekipy się poukrywała z obawy przed zapuszkowaniem. Naszego bohatera prawie złapali, ale w decydującym momencie aż trzy razy zachował zimną krew i nie przyznał się, że jest ziomem Wielkiego Menadżera. Potem jednak żałował. Enyłej, zdziwko było totalne, jak po trzech dniach się okazało, że Wielki Menadżer jednak przeżył i ma się świetnie, ba!, nawet lepiej, bo lewituje, przez drzwi przechodzi i takie tam. Coś jak Steve Jobs. Ziomy były pewne, że teraz to już na pewno wielkie otwarcie hostelu jest bliskie, ale Wielki Menadżer się troszku wymigiwał od odpowiedzi, a po paru tygodniach wybył, tłumacząc, że musi jakieś meble do obiektu pokupować czy coś. A ziomom kazał nadal promować hostel, z tym że już na szerszą skalę. Powiedział im, żeby się nie martwili brakiem wykształcenia,bo przyśle im za jakiś czas kogoś, kto nauczy ich języków. Poruszeni wizją ogólnoświatowej ekspansji ziomale wyruszyli na promocję, przeżyli w trakcie swoich podróży niezliczone przygody, większość z nich zresztą ostatecznie zginęła. Nie wykluczając naszego bohatera. Zanim to się jednak stało zdążył on zarejestrować w rzymskim KRS-ie firmę promocyjno-eventową Hostel Nie Z Tej Ziemi i został jej pierwszym prezesem. Zresztą działa ona do dziś i ma się całkiem dobrze. Hostel zaś nadal pozostaje w sferze planów. Tzn. tak twierdzą niektórzy, część zaś uważa, że jak najbardziej istnieje, tylko trzeba się bardzo postarać, żeby go znaleźć. A jeśli się to już uda, to można w nim spotkać naszego bohatera, który został obsadzony na stanowisku Generalnego Ciecia. Amen.

Marco Zoppo, Święty
Piotr (ok. 1468).
Zwróćmy uwagę na cieciowskie
atrybuty świętego: klucze do
dormitorium, książkę rezerwacji
oraz koc chroniący przed chłodem
podczas zimowych zmian h3.

O święty Cieciu Generalny - jeśli rzeczywiście tam gdzieś jesteś - gdy przyjdzie nasz czas, uchyl nam drzwi do Hostelu Nie Z Tego Świata...

11.09.2011

Niedziela, zmiana h2 - czyli perscy intelektualiści na delegacji z płonącymi wieżami w tle

Rocznica dziś wiadoma. Z tej okazji krótka impresja na temat "Inny w oczach Ciecia".
Od sześciu dni mieszka u nas pięciu obywateli Islamskiej Republiki Iranu. Przyjechali na jakąś konferencję naukową, oddelegowani przez Uniwersytet w Teheranie. Jeden jest w dormie. Pozostali mieli zarezerwowane dwa twiny, ale kiedy po przyjeździe zobaczyli, że jeden z pokojów ma dodatkowe łóżka bez zastanowienia zamieszkali w nim w czwórkę. Drugi pokój trzymają w odwodzie, nie chcieli oddać nam klucza. Zapłacili - to mogą trzymać. Jest pusty, na stoliku nocnym leży tylko jakaś książka. Nie, nie Koran. Historyczna. Nie powiem, skąd wiem ;) Przywieźli ze sobą cały zapas domowej roboty podpłomyków, tudzież placków, coś w stylu tych, w które owinięte są kebaby. Wieczorami ubierają się w świecące srebrne garnitury oraz różowe koszule, zaczesują włosy do tyłu i wychodzą na miasto. Cieciowy ograniczony rozumek pracował na coraz wyższych obraotach, a niepewność w temacie persów puchła z dnia na dzień, aż do momentu kiedy, któregoś dnia, późną porą, jeden z nich z charakterystycznym angielskim akcentem poprosił mnie o wskazanie drogi do klubu o wdzięcznej nazwie Casablanca. Moje podejrzenia co do proweniencji lokalu szybko się potwierdziły. Po wyguglowaniu stosownej nazwy, okazało się, że jest to oddalony od centrum Magicznego Miasta night club, który - wg informacji na stronie internetowej - oferuje "wysoki statndard usług" i "ekskluzywne warunki". Irańczyk zapytał mnie przy okazji, czy w pobliżu jest jakiś sklep, w którym mógłby kupić ubranie. I wybył. Po kilkudziesięciu minutach do hostelu zadzwonił telefon. Najpierw usłyszałem charakterystyczny wrzask grupki małych dzieci, następnie odezwała się kobieta i z charakterystycznym angielskim akcentem, zapytała czy może rozmawiać z mężem. "Jest w mieście z kolegami", odpowiedziałem po chwili trudnego milczenia. "Nie wiem kiedy wróci. Czy coś przekazać?", zapytałem. "Nie trzeba, zadzwonię później". Odłożyła słuchawkę. Pewnie chciała zapytać, czy smakują mu placki. I czy na pewno nosi ciepłe skarpety, które spakowała mu na wyjazd do zimnego Lechistanu. "A więc tam jest tak samo jak w Polsce", pomyślałem i odetchnąłem z ulgą. Mój Cieciowy ograniczony rozumek podpowiedział mi, że Inny czy nie Inny, ale swoim - to on krzywdy nie zrobi.