Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty

2.06.2012

Sobota, zmiana h2 - czyli tłumnie

Magiczne Miasto miastem tłumów jest. To właśnie ten fakt zainspirował Grzegorza Turnaua do stworzenia pieśni ze słynnym refrenem "zwieść cię może ciągnący ulicami tłum". Bo w w Magicznym Mieście a to papież na Błoniach...



a to pogrzeb prezydenta... 


a to kolejki po zapiekanki na pl. Nowym...


czy po lody na ul. Starowiślnej... 



Zwariować można. Wszystkie te tłumy podejrzane i niosące zagrożenie niczym, nie przymierzając, grupowa rezerwacja. Niech się uspokoją, niech nie histeryzują. Parafrazując Turnaua: "i tak wszystko ch...". A tym razem znowu... Magiczne Miasto, nieutulone w żalu z powodu nieprzyznania mu tytułu Miasta Gospodarza Euro, dostało na osłodę trzy otwarte treningi mieszkających w nim reprezentacji Anglii, Holandii i Włoch. Darmowe. Chęć zobaczenia na własne oczy gwiazd europejskiego futbolu wyraziła więc spodziewanie duża liczba osób. To znaczy - spodziewanie dla wszystkich, tylko nie dla organizatorów. I skończyło się tak:    



Może gdyby im Turnau zagrał, to by im było lżej?





6.05.2012

Niedziela, zmiana h2 - czyli w stepie szerokim

Pisałem pod koniec zeszłego miesiąca o ukraińskim sposobie załatwiania biznesowych spraw, no i trzy dni później walnęło w Dniepropietrowsku. Piszę o tym teraz, bo znalazłem fajną stronkę w sam raz dla eurodesperatów. Jeśli ktoś naprawdę, ale to naprawdę musi pojechać na Ukrainę, by przy okazji Euro 2012 spotkać się z oligarchami, Kozakami i cieniem Czarnobyla , tudzież zostać przypadkową ofiarą detonacji na przystanku autobusowym w stepie szerokim - niech chociaż nie buli szalonych pieniędzy za nocleg, tylko skorzysta z ofert publikowanych tu:

www.rooms4free.org.ua

24.04.2012

Wtorek, zmiana h1 - czyli europaranoja

Przeciekawy artykuł w niemieckim Spieglu, który przytacza portal www.kresy.pl. W skrócie: europaranoja na Ukrainie. Ichniejsi hotelarze windują ceny na Euro 2012 do tak niebotycznego poziomu, że szczęka opada nawet bogatym Niemcom. Przykład? Wg Gazety Polskiej cena ośmiodniowego pobytu w hotelu Yellow Unlimited w Charkowie to równowartość ok. 50 tysięcy zł! Okazuje się jednak, że powodem tak drastycznych podwyżek, jest nie tylko pazerność właścicieli ukraińskich obiektów noclegowych, ale i presja ze strony mafii. W Hotelu Sławutycz w Kijowie w trakcie napadu mającego na celu zastraszenie właścicieli został postrzelony jeden z pracowników. Mafia kontroluje część ukraińskich hoteli i domaga się wyższych cen. Problem w tym, że kilkanaście tysięcy pokojów w stosunkowo niskich cenach wynajęło już jakiś czas temu niemieckie biuro podróży TUI, mając zamiar sprzedać je z zyskiem zachodnim turystom. Pokoje są więc zablokowane, przynajmniej teoretycznie, gdyż będacy pod presją mafii właściciele hoteli wypowiadają umowy z TUI. Biuro podróży podobno przestraszyło się ewentualnych procesów, nie wierząc, że skorumpowane ukraińskie sądy rozstrzygną je na jego korzyść. Czy ktoś wie, czy w Magicznym Mieście są jakieś grubsze gangi? Jeśli tak, to ogłoszę zbiórkę środków na kamizelkę kuloodporną dla recepcji.

15.04.2012

Niedziela, zmiana h2 - czyli przychodzi Siemiątkowski do hostelu

W związku z trwającym w Magicznym Mieście, a przeniesionym niedawno śledztwem w sprawie tajnego wiadomo czego - mała scenka rodzajowa.

Przychodzi Zbigniew Siemiątkowski do hostelu.
- Dzień dobry, czy macie wolne pięterko na najbliższe 48 godzin dla naszych amerykańskich gości?
- Owszem Panie Ministerze, dodam, że większość pokojow ma łazienkę, więc nie będzie trudności z zapewnieniem wody dla ich... potrzeb.
- Biorę. Przelew otrzymają Państwo dziś wieczór z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. A, byłbym zapomniał, ile dopłacamy za eksterytorialność?
- Co łaska, panie Ministrze, to nie jest problem. Gorzej ze sprzątaniem.


Z. Siemiątkowski w trakcie rozważań nad zagadnieniem
skutecznego sprzątania w hostelach i nie tylko

12.04.2012

Brudny Harry Portier wprowadza swoje porządki w mieście.

Ucichło na blogu, cieć osłabł w swym cieciostwie i już wszystko wskazywało na to, że recepcja ugrzęźnie w rozgardiaszu i chaosie, wtem niespodziewanie Brudny Harry Portier wyszedł z ukrycia. Z udawaną niedbałością strącił papiery z biurka, nogi założył na blat recepcji i nic nie robiąc sobie z konwenansów obowiązujących przeciez na recepcji, wprowadził nowe porządki. Zaczął od fanpage'u na facebooku, bo Brudny Harry Portier jest portierem świadomym konieczności podążania za nowymi trendami społecznościowymi. Jeśli Cieć coś dla Was znaczył, a wiemy że znaczył, nawet jak nie mówicie tego głośno, to nie bądźcie obojętni wobec Brudnego Harrego Portiera.

https://www.facebook.com/pages/Brudny-Harry-Portier/337522752972003

29.02.2012

Środa, zmiana h1 - czyli poczta akbar!

Wysłanym dziś został na pocztę. Cóż, wiosna idzie, a wraz z nią - wszystkimi kolorami tęczy kwitną PIT-y. Księgowa zrywa te pity z grządki i pakuje do kopert, a następnie przekazuje Menadżerce, która z kolei przekazuje je temu cieciowi-ofierze, który akurat się  nawinie. Tym razem byłem to ja.  Pięknie zakopertowane dokumenty czekały na mnie w liczbie... 37 sztuk formatu C5. Wszystkie oczywiście do wysłania poleconym. Przygotowany na najgorsze i zaopatrzony w książkę nadawczą oraz 200 zeta, klnąc pod nosem i spluwając gorzką śliną, wkroczyłem na grząski teren placówki państwowego przedsiębiorstwa doręczycielskiego znajdującego się nieopodal wspominanego już przeze mnie słynnego w Magicznym Mieście targowiska. Powiem jedno - to była trauma. Spędziłem tam ponad godzinę. Wiem, mogło być gorzej, nie takie rzeczy się przeżywało, ale jednak. Poziom frustracji  każdego z osobna uczestnika kolejkowej ciżby napierającej na okienka już na starcie, dosłownie dwie sekundy po wejściu na pocztę automatycznie podnosił się o ok. 30%. Własciwie bez wielkiego powodu - po prostu Polak na poczcie denerwujący się jest i basta. Chciałem jakoś kontestować ten ogólny trend, wyalienowując się - jak to mówią - z rozentuzjazmowanego tłumu, ale nie dało się. Tuż po mnie do urzędu weszła pani, która zająwszy miejsce za mną zapytała do którego okienka stoi ta kolejka. Niestety topografia placówki nie pozwalała na sensowne utworzenie się jednego zbiorczego ogonka, więc do czterech (!) czynnych okienek sformowały się dwie kolejki. Poinformowałem o tym panią i skwapliwie ostrzegłem, że będę miał dużo listów do wysłania. Pani uśmiechnęła się tylko porozumiewawczo i zdradziła, że ona też. Po czym zaczęliśmy licytować się na ilość przesyłek, z którymi przyszliśmy oraz chwalić się swoimi książkami nadawczymi. Oczywiście nie zmieniało to faktu, że ja byłem przed nią, co tak czy siak stawiało mnie w dużo lepszej pozycji. I nie powiem, że nie cieszył mnie taki układ. Niestety pani postanowiła zaryzykować i przeniosła się do drugiej kolejki. Fakt ten spowodował, że bardzo szybko swoje działanie zaczął ujawniać u mnie syndrom SPWK (Stresu Podczas Wyboru Kolejki), objawiający się przede wszystkim w rosnącym z sekundy na sekundę przekonaniu, że na pewno wybrało się zły ogonek - taki który będzie przesuwał się wolniej, niż ten nie wybrany. Rzucane ukradkiem porównawcze spojrzenia potwierdziły moje przypuszczenia. Pani przesuwała się zdecydowanie szybciej niż ja. Merde! Tymczasem w mojej kolejce jakaś zestresowana emerytka w kaloszach w panterkę pomagała właśnie lizać znaczki stojącej przy okienku innej starszej pani - żeby było szybciej. Mruczała przy tym pod nosem coś o Unii Europejskiej i o tym, że w każdym innym kraju poza Polską nie do pomyślenia jest, żeby klienci sami musieli naklejać znaczki na listy. W innym okienku jakaś średnio kumata babcia domagała się wypłaty swojej renty, a urzędniczka jak temu dobremu tłumaczyła, że musi pójść do przypisanej jej placówki, bo tu pieniędzy dla niej nie ma. "Szukajcie, szukajcie", odpowiadała na to rencistka, a inne panie z okienek od czasu do czasu odrywały się od swojej pracy i dołączały do tłumaczeń obsługującej babcię koleżanki. Okazało się również, że nie tylko za mną, ale i przede mną była jakaś kobieta, która miała kilkadziesiąt poleconych do nadania. Gdy stała już jakąś dwudziestą minutę przy okienku, a jej sprawa nie wyglądała na zmierzającą ku końcowi, emerytka w kaloszach energicznie zapukała do drzwi z napisem "naczelnik poczty" i przez ich próg zaczęła się domagac jeśli nie otwarcia kolejnego okienka, to przynajmniej wyznaczenia konkretnych godzin przeznaczonych do obsługiwania klientów z hurtową ilościa listów. Po chwili jednak przerwała, bo nadeszła jej kolej. Niezbyt długo trwała jednak jej radość. Kobieta chciała pierwszy raz w życiu opłacić abonament RTV, dowiedziała się jednak w okienku, że nie może tego zrobić, dopóki nie zarejestruje odbiornika. Biedaczka była zniesmaczona i zaczęła stanowczo protestować przeciwko takim barbarzyńskim zwyczajom oraz dezinformacji, bo ona przecież nie zna numeru seryjnego swojego telewizora i musi go spisać w domu, a potem znów stać w kolejce. W końcu zrozumiała, że potrzebne są tylko jej dane osobowe i że nikt nie będzie od niej wymagał danych konkretnego urządzenia, bo jak by to było, gdyby trzeba było rejestrować każdy nowy odbiornik, dajmy na to zakupiony po uszkodzeniou poprzedniego. I tak dalej i tym podobne...
Gdy zziajany i pozbawiony godności osobistej wróciłem na recepcję, przywitała mnie siedząca za ladą współsiostra w cieciostwie A., która pod moją nieobecnośc zdążyła rozpocząć już swoją popołudniową zmianę. W ramach podsumowania swojej trudnej historii pokazałem jej kompletnie nieczytelną fakturę za znaczki, którą wydrukowano mi na poczcie na pamiętającej chyba olimpiadę w Seulu drukarce igłowej "zżerającej" co drugą linię pikseli w wersie. Do faktury była dołączona karteczka, na której urzędniczka na moją prośbę napisała ręcznie kwotę z dokumentu, na wypadek, gdybym zapomniał, ile zapłaciłem. A. stwierdziła, żebym nie był taki zasadniczy i drobiazgowy, bo na pewno wszystko jest w porządku, tylko po prostu Poczta Polska sporządza faktury po... arabsku. Jak tak, to nic już nie mówię. Salam alejkum!

Ta faktura naprawdę wyglądała prawie tak...

18.02.2012

Sobota, zmiana h2 - czyli przychodzi Rutkowski do hostelu

Wiem, że zapłon mam spóźniony, ale mokre Włoszki mnie rozkojarzyły. Zresztą o bohaterze dzisiejszego kawału niedługo pewnie znów będzie głośno, więc będzie jak znalazł.

Przychodzi dedektyf Rutkowski do Hostelu Butik.
- Czy są dwójki z łazienką? Takie z monitoringiem bym chciał.
- Niestety, mamy już tylko takie z podsłuchem. Ale jest wliczony w cenę noclegu.
- Okej, biorę dwie.
- Ale jest pan sam...
- A okulary, to gdzie położę?

Dedektyfa Rutkowskiego (51 l.) podczas pobytu
w Hostelu Butik obudziły w środku nocy
dziwne odgłosy. Po sprawdzeniu zapisu audio
 z drugiego pokoju, okazało się, że jego okulary
znów poszły na miasto.

17.02.2012

Piątek, zmiana h1 - czyli Friki, część 3. albo Mickey & Mallory

Pozostając jeszcze w postwalentynkowym klimacie, pozwolę sobie na chwilę zadumy. Miłość w hostelu... temat szeroki jak małżeńskie łoże, osobnego wpisu wymaga. Najwięcej, moim zdaniem, mogą o niej powiedzieć pokojowe. Do wiadomości recepcjonistów dochodzą raczej w większości ich oficjalne i lakoniczne meldunki, typu "pękła rama łóżka małżeńskiego". Resztę skrywa zasłona profesjonalnej dyskrecji naszych Pań sprzątających. Chyba że... Raz, pamiętam, jeszcze za moich lemonowych czasów, pokojowa H. wyżaliła mi się na pewną temperamentną parkę, która przez dobre kilka dni spała w jednym ogólnodostępnych dormitoriów, regularnie co ranka zostawiając pod swoim piętrowym łóżkiem zużyte gumowe artefakty. Ble. I to w dormie, przy ludziach tak? Podwójne ble. Ta sama parka zresztą fundowała cieciom z Lemona nie jeden skok adrenalinowy. Pewnego razu na przykład żeńska jej połowa przyszła do mnie i konfidencjonalnym tonem zapowiedziała, że dziś w nocy zamierza potajemnie opuścić na zawsze swojego faceta i żebym pod żadnym pozorem nie informował go o tym, bo nie chce być znaleziona, a tak w ogóle, to "on jest popieprzony". Po paru dniach (jak widać wielka ucieczka jednak nie doszła do skutku) przyszła do mnie tym razem męska połowa duetu i równie konfidencjonalnym tonem poprosiła mnie, żebym informował ją o każdym nietypowym zachowaniu swojej dziewczyny, bo "ona jest dziwna i czasem jej odbija". Generalnie mocno przypominali mi głównych bohaterów filmu Urodzeni mordercy w reż. O. Stone'a.



Emocjonalny rollercoaster, w który wprowadzili pół hostelu zakończył się, kiedy współbrat w cieciostwie P.  przeżył dzięki nim dość dramatyczną scenę barykadowania się żeńskiej połowy w recepcji i wzywania policji w celu obrony przed męską połową. To przelało czarę. Zostali wyproszeni. Ostał się po naszych kochankach jeno list, który z powodu awarii sprzętu dla gości żeńska połowa duetu napisała na recepcyjnym komputerze i po wydrukowaniu nieopatrznie nie skasowała z pulpitu. Podobno list był skierowanym do męskiej połowy oskarżającym tekstem pożegnalnym i obfitował w drastyczne szczegóły pożycia pary. Kto przeczytał ten wie;) I chyba rzeczywiście w ostatecznej ostateczności nasza żeńska połowa opuściła męską, bo kilka tygodni później zastaliśmy faceta w rozpaczy, śpiącego na dziko w jednej z naszych toalet, w stanie wskazującym na bycie pod wpływem jakiejś niezidentyfikowanej substancji psychoaktywnej. Mimo wszystko mam nadzieję, że poszli na terapię i obecnie ucieleśniają konserwatywny model rodziny w jakimś domku z ogródkiem. To be contuinued.

15.01.2012

Niedziela, zmiana h1 - czyli zdrrrada albo mister idzie na listę!

No proszę, jak rzuciłem temat defraudacyjno-oszukańczy to się już 21 propozycji w komentarzu zebrało! Ładnie, ładnie... Taaak, człowiek bestią jest, tylko upudrowaną i ubraną w ciuchy od Zary. W nawiązaniu - nius miesiąca: nasz Wierny Odźwierny okazał się zdrajcą i uciekł z hosta nie zapłaciwszy za 10 nocy. To daje niebagatelną sumę 350 złotych polskich! Robimy ściepę na recepcji - uśpił czujność cieciów, to teraz wszystkie śpiochy muszą ponieść konsekwencje wpadki. Było tak: Mister Adam - którego nazwisko bez skrupułów ujawniam na liście gończym - gdy już przycisnęliśmy go do muru zaczął opowiadać coś o zatrudniającej go firmie, która zapłaci przelewem zaległą kasę i jeszcze z góry za następne tygodnie, tylko żebyśmy wydrukowali mu numer naszego konta, to on go zaniesie i kasa będzie. A jak poprosiłem go o okazanie dowodu, stwierdził, że nie ma przy sobie, ale chętnie, nawet za chwilę (była 20:00), pojedzie po niego do firmy. Po 2 minutach - zniknął. Następnego dnia wrócił późnym wieczorem, będąc pewnym, że go przyjmiemy i twierdząc, że po prostu całą noc pracował. "Będzie płatność, będzie nocleg", odparła dyżurująca właśnie współsiostra w cieciostwie K., czym wywołała oburzenie Mister Adama, zakończone trzaśnięciem drzwiami. A było słuchać naszej pokojowej P., która pracowała ongiś jako barmanka w mordowni zlokalizowanej w słynnej robotniczej dzielnicy Magicznego Miasta. P., wyczulona na tego typu podstarzałych chłopaków-niebieskich ptaków, od razu się na delikwencie poznała i cieciów przestrzegała! Ale co tu dużo mówić, Mister Adam długi czas płacił regularnie. Tak to z reguły bywa. Ściemniacze najpierw wkupują się w łaski, by potem znienacka wbić nóż w plecy. No trudno. Mister oczywiście wędruje na czarną listę. Zachciało mu się gwiazdorstwa na blogu - tym gorzej dla niego, bo do mejla, który hostelarze zwyczajowo rozsyłają do siebie w celu ostrzeżenia przed nieuczciwym delikwentem, dołączymy również piękne zdjątka mniej pięknej facjaty.
 
Na policję też zostanie zgłoszony.
Kurde, przypominało mi się: i jeszcze bezczelnie pokojową O. po ucieczce na fejsie pozdrawiał! Uch, uch, się uniosłem. Swoją drogą - znak czasów. Domu na horyzoncie nie widać, ale profil na fejsbuku - jest. Ukłony Mister Adam! Może i masz problemy, może nawet dramatyczne, ale tak się, facet, nie robi.

4.01.2012

Środa, zmiana h1 - czyli cielsko Ciecia kontra ergonomia lodówkowych drzwi

Witam w roku apokalipsy. Jak donieśli moi współbracia w cieciostwie sylwek w hoście przebiegł sprawnie i bezboleśnie, nie odnotowano większych zniszczeń tudzież uszczerbków na zdrowiu ani załogi, ani gości. Podobno na dziedzińcu kamienicy - który w Magicznym Mieście nazywany jest podworcem - ktoś odpalił petardę, ale tylko jedną, więc najprawdopodobniej chodziło tylko o swego rodzaju rytualny i symboliczny akt rozpirzenia starego roku w cholerę, aby zrobić w kamienicy przy placu Matejki 6 miejsce dla nowego.
Jak na razie zaczęło się średnio. Wczoraj do dorma zostali - nieopatrznie, moim zdaniem - przyjęci dwaj osobnicy o dość podejrzanych fizjonomiach, którzy wywołali lekki popłoch i dyskomfort szczególnie wśród żeńskiej części mieszkańców pokoju. Pozajmowali nie swoje łóżka, głośno zachowywali się w nocy, a rano spacerowali w parze po hostelu z miną w stylu "tralala, tak sobie chodzę", która niezbyt dobrze kamuflowała wyraźną chęć znalezienia czegokolwiek cennego do tzw. zajumania. I co tu dużo mówić, dopięli swego. Dałem ciała. Cielska nawet. Nie upilnowałem małego boomboxa, który zazwyczaj stał w common roomie. Maleństwo było niebieskie, miało radio, kieszeń na płyty CD, a nawet gniazdo USB. W ten oto sposób zostałem rozdziewiczony w temacie kradzieży na swojej zmianie. Pendrive im w oko. Teraz z drżeniem cieciowego serca czekam na opinię Menadżerki w tej drażliwej sprawie i możliwe konsekwencje. Nie chcę zapeszać, ale chyba się zlitowała...
Nietrudno się domyślić, że w hostelach, tak jak wszędzie, zdarzają się kradzieże, czasem nawet dość bezczelne. Swego czasu na przykład w Lemonie jakiś osobnik pod nieobecność współspaczy z dorma wyłamał plecy tzw. lockera, czyli  szafki, w której mieszkańcy wieloosobowego pokoju mogą zamknąć swoje prywatne rzeczy. W ten sposób od tyłu dostał się do schowanego tam laptopa. O porannym włamie do lemonowej recepcji, pod nieobecność urzędującego w niej ciecia, który akurat przygotowywał śniadanie dla gości, nie wspominając.
Wracając do Butiku, na szczęście niebezpiecznie przechylającą się w stronę mroku energetyczną szalę zrównoważył niezastąpiony Pan Konserwator idąc złym ludzkim uczynkom w sukurs i przestawiając zawiasy w drzwiach dwóch hostelowych lodówek tak, żeby otwierały się w stronę ściany i żeby łatwiej było się dotać do ich wnętrz. Niby niewiele, a jak cieszy. Ergonomio - jesteś lekiem na całe zło.

23.12.2011

Piątek, zmiana h1 - czyli Wierny Odźwierny

Od dobrych paru dni mieszka u nas w dormitorium pan Adam. Człowiek choć otwarty i niezwykle kontaktowy, to jednocześnie lekko tajemniczy. Zastanawiamy się z załogą, czym właściwie pan Adam się zajmuje, kiedy nie ma go w hostelu. Świadomi jednak istnienia podstawowej w naszym recepcjonistycznym fachu zasady dyskrecji - nie pytamy. Czasami tylko, przypadkiem, wychodzi to i owo z życia naszego gościa - jakiś domek we Włoszech, jakaś ponad stuletnia babcia... Pan Adam zadomowił się w hostelu, poznał już chyba wszystkich pracowników, nie zdziwiłbym się, jakby z listonoszem był na "ty". Niby luzik, ale - jak się niedawno okazało - nie ma zmiłuj się, gdy przychodzi co do czego. A do czego przyszło? Otóż w sezonie zimowym, gdy mamy niewielu gości, zdarza się nam odwoływać nocne zmiany na recepcji. Rezydenci dostają karteczki z kodami wejściowymi do budynku i do segmentów, żeby mogli swobodnie wchodzić i wychodzić pod nieobecność załogi. Problem zaczyna się, gdy zgubią swoje ściągawki. Ostatnio zdarzyło się to pewnym młodym, zmęczonym Hiszpanom, wracającym o 5 nad ranem z nocnego maratonu szlakiem wyszynków Magicznego Miasta. Po przysłowiowym pocałowaniu klamki hostelu zaczęli w desperacji dobijać się do drzwi. Perspektywa spędzenia trzech najbliższych godzin na zimnej klatce schodowej gorącokrwistym południowcom po kilku głębszych nie wydawała się zbytnio pociągająca. Na dodatek nasz drugi obiekt, Hostel Lemon tej nocy też był zamknięty, więc podany na wywieszce na drzwiach numer Lemona, na który należało dzwonić w sytuacjach awaryjnych, nie odpowiadał. Nie wiem czy pan Adam czuwał tej nocy, czy obudziły go hałasy, wiem jedno - nie wpuścił ich do hostelu. Za Chiny Ludowe. Nie przekonał go nawet klucz do pokoju, który okazali mu Hiszpanie. Trzeba Państwu bowiem wiedzieć, że pan Adam jest wykwalifikowanym pracownikiem ochrony i nie takie sytuacje w życiu widział. Obstawał twardo przy swoim: jest tu tylko gościem i nie może. Rozjuszeni jak byki na korridzie Hiszpanie postanowili ściągnąć posiłki i zadzwonili na policję. Ta przyjechała po dobrych kilkunastu minutach, okazało się bowiem, że trzeba było specjalnie ściągać policjanta z jakiejś dalekiej dzielnicy Magicznego Miasta. Najwyraźniej wśród wszystkich funkcjonariuszy chroniących tej nocy naszą metropolię tylko on władał językiem angielskim w stopniu komunikatywnym. Pan Adam zażądał od policjantów pisemnego oświadczenia, że w sytuacji gdyby okazało się, iż wpuszczeni przez nich Hiszpanie, nie daj Boże, nie opłacili jeszcze pełnego kosztu pobytu, a uciekli z hostelu przed przyjściem recepcjonisty na poranną zmianę - to sami policjanci wyrównają stratę z własnej kieszeni. Siła argumentu tym razem okazała się większa niż argument siły. Policjanci przestraszeni wizją uszczuplającej się pensji, wycofali się na z góry upatrzone pozycje. Pan Adam wrócił do dorma. Hiszpanie zaś siedli na schodach przed recepcją, by jeszcze raz przemyśleć swoje życie i pożałować, że zamiast pielgrzymki do Santiago de Compostela wybrali uroki nocnego życia w Magicznym Mieście. Ale w sumie nie wyszli na tym najgorzej, decyzją Menadżerki tego samego dnia dostali od hostelu darmową wycieczkę do Kopalni Soli. Na osłodę. W końcu w sumie też byliśmy częściowo odpowiedzialni za całą tę przygodę. Tylko uwaga, Drodzy Przyszli Ewentualni Goście, proszę nie stosować triku ze zgubioną ściągawką w celu wyłudzenia darmowych wycieczek! Poza tym wszystko wskazuje na to, że pan Adam jeszcze jakiś czas u nas pomieszka. Ostatnio zapowiedział, że jakby co, to ma 2. dan i 3 kiu w aikdo. I jakby co, to wygląda tak:

Pan Adam.
Zdjęcie z kartoteki
Hostelu Butik.

4.12.2011

Sobota, zmiana h3 - czyli Friki, część 1. albo koperta attache

Ktoś z Was jakiś czas temu sugerował, że chciałby usłyszeć więcej ciekawych historii z recepcyjnego życia Ciecia. No to jedziemy. To było lato 2010 roku, skwar, fetor kebabów wymieszany z wonią spoconych ciał. Pełnia sezonu turystycznego w Magicznym Mieście. Nie wszycy jednak zajmowili się oglądaniem zabytków...


7 sierpnia, sobota ok. godz. 14:00
Do Hostelu Lemon przy ul. Straszewskiego 25 melduje się Robert N., mężczyzna z wyglądu około 27 letni, wzrost około 175 cm, szczupłej budowy ciała, ubiór sportowy. Jego bagaż stanowi niewielka torba podróżna na ramię. Nie dokonywał wcześniej rezerwacji w hostelu, jest gościem o statusie tzw. walk-ina. Meldunek przebiega sprawnie, zostaje zakwaterowany w prywatnym pokoju z łóżkiem małżeńskim i łazienką. Zajmuje go sam.

7 sierpnia, sobota, ok. godz. 20:30
Po dłuższym pobycie w pokoju Robert N. opuszcza hostel i kieruje się w stronę Starego Miasta.

7 sierpnia, sobota, godz 22:00
Swoją nocną zmianę w hostelu rozpoczyna recepcjonista znany jako Cieć. Kolejne godziny pracy upływają bez większych problemów. Czytaj: ugór, orka, ból istnienia. Sen morzy Ciecia następnego dnia nad ranem.
 
8 sierpnia, niedziela, ok. godz 5:00
Rozlega się gwałtowne pukanie do drzwi recepcji. Brutalnie wyrwany z płytkiego snu Cieć otwiera. U progu stoi zakrwawiony i zdyszany mężczyzna, który przedstawia się jako Robert N., mieszkaniec hostelu. Wzburzony twierdzi, że właśnie przed momentem został pobity i okradziony na klatce schodowej przez dwóch nieznanych mężczyzn. Oskarża Ciecia o świadome nieudzielenie pomocy. Jest bardzo agresywny, intensywnie czuć od niego alkoholem. Twierdzi że jest byłym polskim attache kulturalnym w Republice Fidżi, chwali się swoimi koneksjami i grozi recepcjoniście pozwaniem do sądu. Wyciąga z kieszeni spodni pomięte  stuzłotowe banknoty. Następnie domaga się przypomnienia numeru pokoju w którym mieszka. Niechętnie okazuje dowód tożsamości. Cieć udaje się wraz z Robertem N. na górę i wpuszcza go do pustego pokoju. Wychodząc, widzi jak Robert N. kieruje się do łazienki by zmyć krew z twarzy.

8 sierpnia, niedziela, godz 8:00
Cieć przekazując zmianę koleżance z pracy Anecie W., opowiada o incydencie, który miał miejsce wczesnym rankiem. Zapowiada możliwe kłopoty przy wymedowaniu Roberta N.

8 sierpnia, niedziela, godz 8:05
Do pracy przychodzi Sylwia S., pokojowa.

8 sierpnia, niedziela, ok. godz. 11:00
Robert N. spokojnie i bezkonfliktowo wymeldowuje się z hostelu. Aneta W. przekazuje klucz do pokoju Sylwii S.

8 sierpnia, niedziela, ok. godz 13:00
Sylwia S. rozpoczyna sprzątanie pokoju zajmowanego przez Roberta N.

8 sierpnia, niedziela, ok godz. 13:15
Podczas przygotowywania łóżka Sylwia S. znajduje w szparze między materacami kopertę. W środku znajdują się nieznanego pochodzenia tabletki, proszek w woreczkach oraz kilka tysięcy złotych. Sywia S. informuje o swoim znalezisku Anetę W.

8 sierpnia, niedziela, godz. 13:20
Aneta W. dzwoni na policję. Dostaje polecenie, aby nie ruszać koperty i czekać na przyjazd funkcjonariuszy.

8 sierpnia, niedziela, godz. 13:40
Do hostelu dzwoni Robert N., informuje Anetę W. o tym, że zostawiał ważną rzecz w pokoju i za chwilę po nią wrócić. Aneta W. nie wyjawia mu faktu, że Sylwia S. znalazła kopertę. Ponownie dzwoni na policję, prosząc o szybki przyjazd.

8 sierpnia, niedziela, godz. 13:50
W hostelu pojawiają się dwaj policjanci. Chowają się w korytarzu sąsiadującego z recepcją segmentu hostelu.

8 sierpnia, niedziela, godz. 14:00
Robert N. wchodzi do recepcji. Aneta W. nie daje nic po sobie poznać i rozpoczyna rozmowę.

8 sierpnia, niedziela, godz. 14:01
Do pomieszczenia wpadają policjanci i sprawnie obezwładniają zaskoczonego Roberta N, zakuwając go w kajdanki. Pojmany nie stawia oporu.

8 sierpnia, niedziela, godz. 14:02
Rozpoczyna się dwugodzinna procedura spisywania protokołów, wstępnego przesłuchania itp. W trakcie Robert N. twierdzi, że znaleziona koperta nie należy do niego i nie wie skąd mogła wziąć się w jego łóżku. Przypuszcza, że mogła zostać podłożona przez dwie kobiety, które w którymś momencie miały znajdować się wraz z nim w hostelowym pokoju. Po przeszukaniu rzeczy osobistych mężczyzny policjanci rekwirują kilka telefonów komórkowych. Robert N. wyjaśnia, że handluje tego typu sprzętem, stąd tak duża ich liczba. Domaga się także możliwości skontaktowania się z żoną, która jak twierdzi, jest w  siódmym miesiącu ciąży i za dwa tygodnie będzie rodzić.

8 sierpnia, niedziela, ok. godz. 16:00
Robert N. zostaje odwieziony na komisariat.

Napisy końcowe
Dalsze losy Roberta N. nie są znane. Podobno widziano go na Fidżi. Aneta W. i Sylwia S. nie pracują już w hostelu. Cieć - pracuje. Ale nie ma to związku z opisywanym epizodem. A imiona bohaterów zostały zmienione.

16.10.2011

Niedziela, zmiana h1 - czyli do the terrordance!

Od dwóch dni, idąc rano do cieciopracy, mijam rozlokowaną w pobliżu naszego hostelu ekipę śniadolicych filmowców, którzy najwyraźniej korzystają z wizualnych uroków dookolnej rzeczywistości, by stworzyć kolejną bollywoodzką produkcję, nie pierwszą zresztą z Magicznym Miastem w tle. Przeżywam wtedy mały dramat, bo będąc miłośnikiem hiperbolizacji i multiplikacji, jestem, co zrozumiałe, także fanem tańca synchronicznego, szczególnie w jego majkelodżksonowskiej odmianie i chętnie popatrzyłbym na indyjskie filmowe harce. Perspektywa przyssania do recepcyjnego fotela nie wydaje mi się więc w tym momencie wybitnie świetlana. No nic, mamy fotel obrotowy, zawsze mogę się trochę pokręcić wokół własnej osi. Fizycznie i metaforycznie.
Jak donosi polskojęzyczny (hehe...) portal tvn24.pl, film, którego ostateczny tytuł brzmieć będzie "Azir", dotyczyć będzie walki z międzynarodowym terroryzmem. Yeah! Do the terrordance, Osama!  Poprzednie produkcje też były niezłe. Z racji mojej bieżącej profesji zainteresowała mnie szczególnie jedna z nich pt. "To właśnie miłość". Podobno film jest przetworzeniem historii Romea i Julii i opowiada o dwójce młodych ludzi, którzy poznają się na studiach hotelarskich (tak, tak) na Szacownym Uniwersytecie Magicznego Miasta, zakochują się w sobie, ale okazuje się, że ich rodziny od dawna toczą wojnę. Może wojnę z terroryzmem? W każdym razie na pewno tańczą ładnie i są bardzo zsynchronizowani. Poniżej fota z planu.


Motor kupiony prawdopodobnie
za pół miesięcznego stypendium
na Szacownym Uniwersytecie
Magicznego Miasta, zaś okulary
nabyte prawdopodobnie
w zakładzie optycznym, którego
szyld widzimy w tle.

Wracając do "Azira", tvn24.pl cytuje wypowiedź jednego z Hindusów: - W filmie mamy sceny wybuchów, które wymagały zamknięcia wielkich obszarów miasta. Wszystko udało się załatwić w dwa tygodnie - chwali urzędników reżyser filmu Prashant Chadha. Taaa, jak coś zburzyć to dwa tygodnie i załatwione, a jak coś zbudować, to biurokracja nie pozwala. Po chwili jednak dostajemy odpowiedź, dlaczego poszło tak szybko. Jak szacują urzędnicy, z budżetu filmu, który wynosi 6 milionów dolarów, w mieście zostanie co najmniej 1/4. Nie wiem co prawda czy 1/4 miliona, czy 1/4 z sześciu milionów - jedno jest już jednak niemal pewne: w przyszłym roku w Magicznym Mieście terroryzować będą nas dzięki temu jeszcze dłuższy Marsz Jamników, jeszcze wspanialsza Parada Smoków i jeszcze smaczniejszy Festiwal Pierogów. Namaste!

6.07.2011

Środa, zmiana h3 - czyli z punktu widzenia nocnego portiera

Nocka. Ogłaszam oficjalnie początek i zarazem koniec jednoodcinkowego cyklu pt. "Horrostel". Dziś, dajmy na to, odcinek pt. "Tajemnica pokoju nr 12".

Jak powszechnie wiadomo hosteli w Magicznym Mieście multum jest. Z tego multum kolejne multum w kamienicach znajduje się . A kamienice Wyspiańskiego i Żeleńskiego-Boya jeszcze pamiętają: bramy ciemne, zaułki podejrzane, klatki schodowe zewnętrzne zmurszałe, oficyny kafkowskie, galeriowe balkony zaplątane - generalnie strzeż się tych miejsc (zresztą, specyfice magicznomiastowych śródmiejskich rozwiązań lokalowych dla ludności i gołębi osobną notkę poświęcić jeszcze obiecuję). Strzeż się, zwłaszcza nocą. A co, gdy jesteś w pracy? I nie ma zmiłuj się? Znam jedną młodą, delikatną recepcjonistkę, która nie dała rady. Po pierwszej nocce wymiękła. Teraz bierze tylko dzienne zmiany. Cieszy się, tylko jakoś dziwnie drżą jej ręce...
Nocą ciecie Magicznego Miasta z duszą na ramieniu wychodzą na swój obchód. Wśród nich ja. Płynę przez labirynt korytarzy mojej kamienicy. Mentalnie przytulam się do futryn i głaszczę klamki, przykładam ucho do parkietów, otwieram szafy wnękowe i przesuwam dłonią wzdłuż półek. Czasem nawet nie mentalnie. Myślę sobie wtedy o tych wszystkich ludziach, którzy opierali się o dane ściany, tańczyli na danym parkiecie, otwierali dane okiennice, ba!, myślę nawet o cieślach, co heblowali dane deski na dane meble. Chodzę i chłonę, i czakram mi się jakiś pod wątrobą otwiera. Z przodkami się łączę, z burżuazją krakowskiego fin-de-siecle'u w salonach plotkuję, klocki drewniane z paniczami w marynarskich kołnierzykach układam, podglądam pana domu, co w spiżarni kucharkę obmacuje (tak już mam, że lubię pod powierzchnię żyć czyichś wypolerowanych zaglądać). Duchy wywołuję. Labirynt prowadzi mnie wgłąb. I już nie wiem czy to sen, czy jawa? Aż w końcu - ten pokój. Na uboczu, na osobności, trzeba przejść długim ciemnym korytarzem, skręcić lekko kilka razy. Ostatni pokój, pokój nr 12. Droga wydłuża się, przed oczami pojawiają się dziwne, nieokreślone kształty.W napięciu przekręcam klucz i delikatnie otwieram drzwi. I głowa nagle zaczyna produkować wyraźny obraz, futryna staje się ramą ekranu, na którym wyświetla się projekcja, jak z niemego filmu. Wzniesiona ręka, w ręce nóż, szeroko otwarte oczy, przerażona twarz. Przerysowane gesty. Zazdrosny szofer zabija w afekcie swoją kochankę, pomoc kuchenną. Stłumiony krzyk. Nóż wchodzi w ciało, niemal tak, jak przed chwilą mój klucz wchodził w zamek. Kałuża krwi powiększa się, rośnie z sekundy na sekundę, zaraz dotknie moich butów. Wycofuję się. Zamykam drzwi. Przekręcam klucz. Pokój nr 12 - wszystko w porządku. Mój nocny obchód zrobiony.

Lubię nocki.