Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciecie. Pokaż wszystkie posty

29.04.2012

Niedziela, zmiana h1 - czyli nie będzie Chińczyk pluł nam w łokieć

Nie jest dobrze, nie jest dobrze. W plebiscycie portalu naszemiasto.pl na najpiękniejszy plac Magicznego Miasta plac Matejki zajmuje dopiero 6. miejsce z 27-oma głosami. Ponieważ Cieć bardzo lubi internetowe głosowania, dają mu one bowiem złudzenie funkcjonowania we demokratycznej wspólnocie, ośmiela się zachęcić do klikania na wiadomy plac - jeśli nie ze względu na Ciecia, to przynajmniej ze względu na krew polskich i litewskich rycerzy, przelaną w grunwaldzkiej bitwie, której pomnik go zdobi. Wiem - w patos żem uderzył, ale cóż poradzę, nie mogę zignorować faktu, że plac Matejki patosem już na zawsze naznaczon będzie, bo to właśnie tutaj 15 lipca 1910 roku, podczas uroczystości odsłonięcia pomnika, po raz pierwszy wykonano publicznie Rotę! A to zobowiązuje. Do głosowania też. Przy okazji, fajny cytat ostatnio obił mi się o oczy. Antoni Słonimski w jednym ze swoich przedwojennych felietonów pisał o Rocie tak: "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz". Jest to dość minimalne jako program polityczny, oznacza to bowiem, że każdy inny może nam pluć w twarz, aby nie Niemiec, i że Niemiec też może pluć, aby nie w twarz. Daję mu swego prywatnego lajka. Nawet jeśli z punktu widzenia takiego zwykłego ciecia jak ja w sumie nie ma różnicy, czy Niemiec, czy inny Chińczyk i czy pluje w twarz, czy w łokieć. Albowiem kto w prawicy swej klucze do pomieszczeń w budynku dzierży, ten rzeczywistą władzę nad klientem posiada. A klient awanturujący się nie dostanie klucza i będzie spał na klatce schodowej. Weźcie to pod uwagę, klikając...

22.03.2012

Czwartek, zmiana h2 - czyli hotel Dżejn

Współsiostra w Cieciostwie A. podrzuciła mi ostatnio linka do pewnej prostej gierki, której bohaterem jest recepcjonistka hotelu. Obiekt może nie jest duży, ale roboty w nim sporo. Trzeba wydawać klucze, przygotowywać kawę i zanosić ją do pokojów, wyznaczać pokojowej pomieszczenia do sprzątania. I od czasu do czasu zbierać napiwki, które przeznaczyć można na zakup dodatkowych elementów wystroju hotelu, podnoszących jego atrakcyjność, ale wymagających także dodatkowej pracy, np. roślin doniczkowych, które należy podlewać. I nie byłoby to właściwie żadne wyzwanie, gdyby nie fakt, że goście hotelu nie dość, że mają ADHD, które zwiększa się z poziomu na poziom, to jeszcze niecierpliwią się gdy muszą zbyt długo czekać na obsłużenie. Rzecz nazywa się Jane's Hotel. Tytuł sugerować może, że owa recepcjonistka jest jednocześnie właścicielką przybytku, ale wydaje mi się to mało prawdopodobne. Nie po to Pan Bóg stworzył cieci, żeby właściciel na recepcji siedział. Nie przepadam zbytnio za grami flashowymi, zwanymi gdzieniegdzie biurowymi zjadaczami czasu, a poza tym szczerze powiedziawszy lekko dziwię się Współsiostrze w Cieciostwie A., że nie wystarcza jej te sto kilkadziesiąt godzin realnego ciecizmu stosowanego miesięcznie i dowala sobie jeszcze wirtualną dawkę uderzeniową w hotelu Dżejn. Dobrze chociaż, że nie robi tego podczas swoich zmian, tłumacząc się przed gośćmi dajmy na to słowami: "przepraszam, nie mogę teraz sprawdzić panu godzin otwarcia muzeum, właśnie podlewam cyfrowy kwiatek w swojej wirtualnej recepcji". Z drugiej strony lepsze takie granie, niż siedzenie na fejsie, lub nie daj Boże pisanie hostelowego bloga - Jane's Hotel to przecież trening, mający na celu utrzymanie recepcjonistycznej formy w godzinach przestoju, a fejs tylko odwraca uwagę ciecia od potrzeb gości, o blogu nie wspominając. Naści.

20.03.2012

Wtorek, zmiana h1 - czyli sto, PIN i mim

67 postów w zeszłym roku plus 33 w tym, to daje nam 100. Słownie STO. Wzruszyłem się. Ale tylko trochę. Mówią, że mężczyźnie nie wypada, nawet jeśli jest cieciem, czy innym księdzem. Sto pierwszy post zbiegł się z pierwszym dniem wiosny - temparatury już wybitnie dodatnie, co zaowocowało wzrostem liczby turystów na metr kwadratowy Rynku Magicznego Miasta, który szacuję na około 40%. Jak każdy szanujący się magicznomiejski tubylec (acz nie autochton) rynku owego unikam jak mogę. Nie lubię slalomów. I skansenów.  Ju noł łod aj min. Ale ciecie z naszego hostelu robią czasem także za gońców i zdarza im się być wysłanymi z punktu B (jak Butik) do jakiegoś punktu A najczęściej z jakąś ważną kopertą lub fakturą. Ja akurat byłem wysłany z umową, a wracałem z terminalem kart płatniczych oraz zasilaczem i tym czymś, na czym klienci wpisują PIN. Trasa prowadziła właśnie przez Rynek. Po drodze minąłem lokalną wersję Janusza Chomontka i chyba z pięciu mimów, wraz z nadejściem wiosny wyznaczających swoje "łowne" rewiry i marzących pomiędzy zmianami póz o wysokim kursie euro, których stosik po skończeniu szychty wyjmą z czapki i wymienią w najbliższym akceptującym bilon kantorze. Przy okazji przyniosłem też Menadżerce M. z jednego z barów, mieszczących się przy słynnej magicznomiejskiej ulicy na literę 'F' zamówioną przez nią zapiekaną kanapkę. Niech myśli o mnie ciepło. W hoście też jakby ożywienie: więcej telefonów, więcej zapytań grupowych, więcej spamu... Wszystko więc idzie zgodnie z planem, bo przecież od 1 marca mamy już tak zwany wysoki sezon. A na blogu spod kursora już nie sypie śnieżny pył. Oby do listopada. Wróć: jak tak dalej pódzie to nie listopada, tylko liDWIEŚCIEpada.

9.03.2012

Czwartek, zmiana h3 - czyli lanczocośtam

W życiu każdego hostelowego ciecia przychodzi taka chwila, że trzeba posmarować. Bułkę. Albo dwie bułki. Albo 64 razy dwie bułki. Albo 2 razy 64 razy 2 bułki. Przedwczoraj przyszła kolej na Współbrata w Cieciostwie W. Dla kogo smarował? Dla belgijskich gimazjalistów, którzy przyjechali do nas, uprzednio zamówiwszy suchy prowiant na oba dni pobytu. Poprawka - jak dowiedziałem się swego czasu od Byłego Menadżera S., teraz się nie mówi "suchy prowiant", teraz się mówi lunch packets. Zacząłem używać, ale jakoś się nie układa w gębie. Ki czort? Jak to pisać? Lunch pakiety? Lanczpakiety? A może lanczopaczki? Mój niegdysiejszy dziekan prof. Jan Miodek (tak, tak) nie byłby ze mnie dumny. Najwyższy czas powrócić do ortodoksyjnej formy. Ale nie o tym. Z lanczopaczkami jest tak: blady strach pada na hostelowego recepcjonistę, który niczego nie podejrzewając przychodzi na nocną zmianę i dowiaduje się od szczęśliwego poprzednika, że tym razem między 3 a 6 rano sobie nie pośpi, tylko własnoręcznie będzie przygotowywał dajmy na to 128 bułek dla jakiejś leżącej aktualnie pokotem w dormach wygłodniałej watahy. Gdy przychodzi jego czas staje biedaczysko nad jakimś kawałkiem blatu w kuchni i łoi te buły do bladego świtu. Potem wkłada po dwie do torby foliowej, dokłada jakąś półlitrową niegazowaną, inkrustuje batonem i jabłkiem i zawiązuje lanczopaczkę, żeby nic nie uciekło. Jeśli zdąży. Współbratu w Cieciostwie W. się nie udało. Źle się wybił z progu, schrzanił trajektorię i w rezultacie, gdy przyszedłem na poranną zmianę okazało się że zostały jeszcze 64 z wędliną do wykonania. Merde - że tak z frankofońska pociągnę. A tu w dodatku oprócz paczek jeszcze śniadanie trza obsłużyć i zarezerwować Belgom trzy muzea "na już". Chwała Panu, nasze dwie kochane panie pokojowe H. i P., które szczęśliwym trafem akurat były na miejscu, przejęły temat i z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy wykonały większość Herkulesowej pracy. Szelest toreb foliowych rozlegał się w hoście z hukiem wodospadu i po niedługim czasie zapakowane lanczopaczki spoczęły w trzech plastikowych skrzynkach, które zostały w hostelu po ostatniej dostawie pieczywa. W tak zwanym międzyczasie Belgowie stwierdzili, żeby odwołać rezerwacje do muzeów, bo jednak ostatecznie "po prostu tylko sobie pochodzą po Dzielnicy Żydowskiej". Wrócili ze spaceru ok. 12, stwierdzając, że to co przygotowaliśmy zjedzą na miejscu. W ten sposób szelest torebek foliowych stał się szelestem nadaremnym - można było przecież wystawić wszystkie składniki lanczopaczek luzem, żeby każdy brał sobie po sztuce. Tylko jak wtedy by się to nazywało? Może lanczopodchodki?

7.03.2012

Środa, zmiana h1 - czyli jak dobrze, że Biedro jest tak blisko

Państwo najpierw obejrzy to:


Zaiste. Zaprawdę. Bezapelacyjnie. Szczególnie w sytuacji, kiedy w hostelowej spiżarni pustki, a Pan Konserwator nie będzie wysyłany do Makro po zakupy, zaś nazajutrz na wykarmienie czekać ma w jadalni stadko kilkudziesięciu 15-letnich ptasząt z belgijskim rodowodem. Co się z takim fantem robi? Bierze się rzeczoną Biedronkę, Menadżerkę M., 300zł w gotówce, Współbrata w Cieciostwie M., niżej podpisanego oraz dwa sklepowe wózki. I dobry humor. Po około 15 minutach spędzonych w sklepie m.in. na sprawdzaniu liczby plasterków sera przypadających na jedną zgrzewkę oraz analizie możliwie najmniej energochłonnej trasy między półkami, otrzymuje się nastepujący efekt:.

To jedyne cztrery kólka, na które moze
pozwolić sobie cieć z Magicznego Miasta.

Efekt ten znosi się przy pomocy Współbrata w Cieciostwie M. po widocznych na zdjęciu schodach, a następnie pokonując krawężniki i slalomując między słupkami, latarniami i ludźmi, paraduje się po centrum Magicznego Miasta...

Tył M. i tył Ciecia (któż zgadnie który jest który?).
Fotografuje (nie bez satysfakcji) Menadźerka.

... by po zaliczeniu dwukrotnej jazdy windą na 3 piętro (jak dobrze, że ją mamy!) tryumfalnie wjechać pod drzwi hostelowej spiżarni i wypakować wszystko na półki. Trzeba sobie jakoś radzić, nie?

5.03.2012

Niedziela, zmiana h3 - czyli Butik i chochlik

Ferment się zrobił w hoście w piątek, bo nagle zaczęły masowo spływać do nas rezerwacje z apokaliptycznego portalu Hostelworld.com. W zimie dla szanującego się ciecia jest taki fakt powodem do wielkiej i nieskrywanej radości. "Jak cudownie! Będę miał co do garnka włożyć!" myśli cieć, wklepując do systemu obco brzmiące nazwisko kolejnego gościa. Jeśli jeszcze na dodatek jest to rezerwacja bez możliwości zwrotu kosztów noclegu w wypadku anulacji (non refundable - nazywamy je nonrefami; są one rezerwacjami ze zniżką), to radość ciecia jest podwójna i skwierczy w jego sercu przy wtórze dźwięków z terminala kart płatniczych, zasysającego zdalnie płatność z konta delikwenta. "Nasze i nie oddamy", myśli wtedy cieć. W piątek jednak działy się rzeczy niedobre. Po pierwsze, rezerwacje zaczęły spływać na kilkudniowy okres, w którym cały obiekt miał być zajęty przez zorganizowane grupy. Głowę daję, że jeszcze w czwartek dni te były pięknie zablokowane przez odpowiedzialnego za to niżej podpisanego. Co więcej, rezerwacje owe miały bardzo niskie ceny - szczególnie jak na początek letniego sezonu, który miał miejsce 1 marca. 25zł od osoby w double'u z łazienką? Co ja pacze!? 15 zł za łóżko w dormie? Ze śniadaniem? WTF?! Po wstępnym okresie paniki przeprowadzono wstępną akcję ratowniczą, polegającą na sprawnym zablokowaniu czego się da na 2 tygodnie do przodu oraz wykonaniu ostrzegawczego telefonu aż za Kanał La Manche, do kwatery głównej Hostelworldu. I jak to zwykle w przypadku katastrof bywa, bardzo szybko pojawiło się na horyzoncie pytanie: jak to się stało. Nie znaleźliśmy odpowiedzi. Hakerzy z Anonymous? Zaplute karły reakcji? Pijany recepcjonista? Duch Matki Teresy z Kalkuty? Menadżerka na kacu? Mały sabotaż? "Się tak zrobiło"? Mamy pewne podejrzenia, ale ciiii... Nie powiemy. A co gości - to gości.

27.02.2012

Poniedziałek, zmiana h2 - czyli klątwa Tutenbutika

Jak powszechnie wiadomo w niektórych krajach budynki nie mają piętra 13. W wielu samolotach nie ma także siedzeń o tym numerze. Ach, jakże naiwna jest ludzkość, niczym małe dziecko sądząca, że kiedy zamknie się oczy, to zagrożenie znika; zaklinająca rzeczywistość, wierząca w to, że coś, co nie jest nazwane - przestaje istnieć. Jesli bowiem nawet nie nazwiemy trzynastego z kolei piętra trzynastym, to czy przestanie być ono trzynaste? Jeśli żołnierz - jak to mówią - likwiduje cel, to czy oznacza to, że nikogo przed chwilą nie zabił? Jeśli Polska za Gierka miała pierwsze po ZSRR miejsce w liczbie zebranych ziemniaków, to czy oznaczało to coś więcej niż tylko, że miała miejsce drugie? I Hostel Butik miał swoją ciemną, tajemniczą i przemilczaną sferę. Był nią pokój numer 10. U zarania hostelu pokojów było dziewięć - rozrzuconych po segmentach A, B i C. Potem z jednego z sąsiadujących z naszym przybytkiem mieszkań wyprowadzili się lokatorzy, więc skwapliwie niczym Niemcy w '39 zagarnęliśmy ich życiową przestrzeń, w rezultacie czego powstał segment D, a w nim dwa pokoje: 11 i 12. A pokoju numer 10 - niet. Co gorsza, nikt z załogi nie miał pomysłu, gdzie ów pokój miałby się znajdować. Żaden, nawet najdrobniejszy trop nie wskazywał na jego lokalizację, ani śladu wejścia, ani grama zamurowanej futryny, ani kawałka schodów. Kolektywna fantazja cieciów, podsycana przez zabobonność pokojowych, zaczęła produkować mistyczne scenariusze. Krążyły plotki, że pokój ów jest swoistą Puszką Pandory, której otwarcie będzie początkiem końca Hostelu Butik, że sprowadzi na nas klątwę, zupełnie tak jak sto lat temu na Howarda Cartera sprowadziło klątwę otwarcie zapieczętowanego grobowca Tutenchamona. Albo funkcjonuje trochę jak portal do innego wymiaru lub też sam jest innym wymiarem, czy innym światem. Coś jak słynne piętro 7 i 1/2 z Być jak John Malkovich:




Kilka dni temu - prawda została ujawniona. Podczas mojej zmiany na skrzynkę mailową przyszedł elektroniczny list od Menadżerki. W liście - złącznik. W załączniku - skan. Rzut poziomy drugiego piętra kamienicy przy pl. Matejki 6. Segment C: gmatwanina korytarzy, plątanina ścianek, wnęk i pomieszczeń. A wśród nich - on. Pokój numer 10. Dzielnego Pana Konserwatora, który otrzymał niezwłocznie wydrukowany prze mnie załącznik maila, nie zraziło ani trochę czarnowidztwo załogi hostelu. Wyposażony w stosowne narzędzia burząco-przebijające i odpowiednio zmotywowany telefonicznie przez Menadżerkę dokopał się do celu. Nie było łatwo. Drogę zagradzały liczne przeszkody, z kafelkami oraz muszlą klozetową na czele. Tak. Pokój numer 10 znajdował się bowiem za... ubikacją. Ogólnodostepną. I na razie wchodzi się do niego przez prysznic. Kurcze, mogłoby tak zostać, można by na wszelki wypadek zrobić w nim śluzę dekontaminacyjną. Licho nie śpi...

25.02.2012

Sobota, zmiana h1 - czyli what Cieć does

Krąży od pewnego czasu po sieci mem pozwalający przedstawicielom różnych zawodów w dość zabawny sposób opisać różnice w postrzeganiu ich dżobów przez rozmaite... podmioty postrzegające. Na fejsie niejakiego Hostelworkera pojawił się taki:


A ja sobie strzeliłem w Gimpie to:


Ktoś znalazł jakieś inne? A może macie swoje propozycje, Drodzy Współbracia w cieciostwie?

20.02.2012

Poniedziałek, zmiana h2 - czyli Friki, część 4. albo wpadł(a) Gruszka

Współbrat w cieciostwie M. miał ostatnio klawą nockę. Przeżył interwencję policji, wezwanej przez zdesperowanych mieszkańców kamienicy przy pl. Matejki, którym puściły nerwy - najwyraźniej na skutek przejść z czterema setkami rozjuszonych Włochów, którzy przetaczali się pod ich drzwiami przez ostatni miesiąc. Tym razem ktoś podobno dwa razy krzyknął, czy tupnął - to wystarczyło sąsiadom, aby sięgnąć po słuchawkę i wykręcić 997. Policja przybyła, nie zanotowała kolejnych przypadków łamania ciszy nocnej, dla świętego spokoju spisała M. i pojechała uczyć się angielskiego ;) Tymczasem do hostelu wpadł(a) Gruszka. Profesor Jan Gruszka. Uprasza się o obejrzenie poniższego filmiku, który wszystkim niedowiarkom być może uzmysłowi jak smakuje konfrontacja z frikiem.


Jak relacjonował współbrat w cieciostwie M., ubrany w garnitur i krawat profesor przyszedł około północy z zapytaniem, czy są wolne miejsca w dormie. Wobec braku tychże, skorzystał przez moment z kompa, a na odchodnym wdał się z M. w polemikę, przyuważywszy politologiczną książkę, z której studiujący na Szacownym Uniwersytecie Magicznego Miasta M. dokształcał się na egzamin, a której nazwy nie pomnę. Polemika polegała z grubsza na tym, że profesor mówił, M. wślizgiwał się pomiędzy słowa profesora z nieśmiałymi argumentami przeciwko, profesor przyznawał mu rację i kontynuował temat bez zmiany stanowiska. Stanowisko polegało na tym, że młodzi generalnie tylko ćpają a Palikot jest zły, ponieważ popiera depenalizację, choć paradoksalnie profesor też tę depenalizację popiera, ale nie odda na Palikota głosu, bo popiera go Urban, a wszyscy górale są zaj......, najlepszy przyjaciel profesora Jan Rokita jest umierający, zaś M. wygląda jak Żyd i też powinien założyć bloga, bo wtedy profesor miałby godnego rywala do polemiki. Po półgodzinie wyszedł. Pewnie kiedyś znowu spróbuje.

17.02.2012

Piątek, zmiana h1 - czyli Friki, część 3. albo Mickey & Mallory

Pozostając jeszcze w postwalentynkowym klimacie, pozwolę sobie na chwilę zadumy. Miłość w hostelu... temat szeroki jak małżeńskie łoże, osobnego wpisu wymaga. Najwięcej, moim zdaniem, mogą o niej powiedzieć pokojowe. Do wiadomości recepcjonistów dochodzą raczej w większości ich oficjalne i lakoniczne meldunki, typu "pękła rama łóżka małżeńskiego". Resztę skrywa zasłona profesjonalnej dyskrecji naszych Pań sprzątających. Chyba że... Raz, pamiętam, jeszcze za moich lemonowych czasów, pokojowa H. wyżaliła mi się na pewną temperamentną parkę, która przez dobre kilka dni spała w jednym ogólnodostępnych dormitoriów, regularnie co ranka zostawiając pod swoim piętrowym łóżkiem zużyte gumowe artefakty. Ble. I to w dormie, przy ludziach tak? Podwójne ble. Ta sama parka zresztą fundowała cieciom z Lemona nie jeden skok adrenalinowy. Pewnego razu na przykład żeńska jej połowa przyszła do mnie i konfidencjonalnym tonem zapowiedziała, że dziś w nocy zamierza potajemnie opuścić na zawsze swojego faceta i żebym pod żadnym pozorem nie informował go o tym, bo nie chce być znaleziona, a tak w ogóle, to "on jest popieprzony". Po paru dniach (jak widać wielka ucieczka jednak nie doszła do skutku) przyszła do mnie tym razem męska połowa duetu i równie konfidencjonalnym tonem poprosiła mnie, żebym informował ją o każdym nietypowym zachowaniu swojej dziewczyny, bo "ona jest dziwna i czasem jej odbija". Generalnie mocno przypominali mi głównych bohaterów filmu Urodzeni mordercy w reż. O. Stone'a.



Emocjonalny rollercoaster, w który wprowadzili pół hostelu zakończył się, kiedy współbrat w cieciostwie P.  przeżył dzięki nim dość dramatyczną scenę barykadowania się żeńskiej połowy w recepcji i wzywania policji w celu obrony przed męską połową. To przelało czarę. Zostali wyproszeni. Ostał się po naszych kochankach jeno list, który z powodu awarii sprzętu dla gości żeńska połowa duetu napisała na recepcyjnym komputerze i po wydrukowaniu nieopatrznie nie skasowała z pulpitu. Podobno list był skierowanym do męskiej połowy oskarżającym tekstem pożegnalnym i obfitował w drastyczne szczegóły pożycia pary. Kto przeczytał ten wie;) I chyba rzeczywiście w ostatecznej ostateczności nasza żeńska połowa opuściła męską, bo kilka tygodni później zastaliśmy faceta w rozpaczy, śpiącego na dziko w jednej z naszych toalet, w stanie wskazującym na bycie pod wpływem jakiejś niezidentyfikowanej substancji psychoaktywnej. Mimo wszystko mam nadzieję, że poszli na terapię i obecnie ucieleśniają konserwatywny model rodziny w jakimś domku z ogródkiem. To be contuinued.

6.02.2012

Niedziela, zmiana h3 - czyli dżanitor w sajberspejsie albo polska język trudna język

Państwo Czytelnictwo wybaczy, że znowu o języku, ale sprawa tłumaczeń polsko-angielskich w pracy ciecia bardzo istotną jest, więc jeszcze chwilę poględzę. Dorwałem pracę współsiostry w cieciostwie K. Cztery bite stroniczki na temat jednej mojej notki. Tej. Ciężkie jest życie tłumacza. Niuanse, wieloznaczności, odwieczne pytania typu: być wiernym literze, czy duchowi tekstu... Twórcza praca, nie ma co. Taka świeckiej pamięci Szymborska bez swoich tłumaczy ceremonie wręczania Nagrody Nobla w telewizji by do końca życia oglądała, uhonorowanych kolegów podziwiając, sama nie doczekawszy wyróżnienia. Może doczekamy kiedyś rzeczywiście sprawnych elektronicznych translatorów, na razie jednak, rezygnując z pomocy żywego pośrednika musimy liczyć się z ryzykiem, że dajmy na to określenie "organy kościelne" zostanie przełożone na tajemnicze "bodies of the Church", a fraza " a im bardziej cholera widzimy, że cholera nie wystartowaliśmy sami" znajdzie uroczy odpowiednik "and the more shit we see that they do not shit we started". Oba przykłady wziąłem z tekstu, który Google Translate wypluło na wyjściu, po wklejeniu wspomnianej notki na wejściu. Tak więc polska język trudna język, jak mawiał mój pan od polskiego z liceum. Weźmy choćby tytułowego 'ciecia'. K. pisze:

Pojawiające się w notce określenie „cieć” sprawiło mi, nieoczekiwanie, duży problem. Jest to potoczne określenie oznaczające dozorcę czy stróża. Według Słownika Języka Polskiego również osobę pełniąca jakąś funkcję społeczną, której obrażanie jest modne w danym środowisku. Poszukiwania podobnego określenia w j. angielskim spełzły na niczym. Wydaje się, że nie istnieje wystarczająco rozpoznawalne, potoczne określenie o podobnym znaczeniu. Jedynym rozwiązaniem jest więc zamiana „ciecia” na neutralnego „receptionist” lub na dozorcę - „janitor”. O ile w zdaniu „ Przy okazji ciecie z Hostelu Butik poćwiczą (...)” nie wyrządza to dużej szkody tekstowi, o tyle w tytule blogu jest to kluczowe słowo, na którym opiera się cały rym. Jako, że „janitor” jest bliższy cieciowi, postanowiłam ten wyraz wykorzystać w tytule. Dla zachowania rymu postanowiłam dorzucić słowo „place” i sieć przetłumaczyć jako „cyberspace”. Całość wyglądałaby więc tak: „Janitor's place in cyberspace”.
Mnie pasi. Rymło się, a to ważne. K. przedstawiła w swoim tekście kilka tego typu problemów, przed którymi stanęła, tłumacząc moją notkę. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, postaram się wydębić od Niej pozwolenie na przesłanie na priva całej pracy. Na koniec - nie mogę sobie odmówić jednego, podsumowującego cytatu autorstwa K.  
Autor jest wykształconym humanistą i wpisy na jego blogu zawierają wiele elementów, które ten fakt potwierdzają. Rezygnacja z nich zniekształciłaby postać autora jako humanisty, Polaka i inteligenta, przebijającą spomiędzy linijek każdej notki.
Wzruszyłem się. Proszę, taka Szymborska nie jest wystarczająco polska, a Cieć - jest. Rafale Blechaczu, dajesz!


31.01.2012

Wtorek, zmiana h1 - czyli zimna woda zdrowia doda albo o wyższości Polskiego Fiata nad Ferrari

Podobnież w bratnim Hostelu Lemon do awarii jakowejś gremialnej podczas pobytu Włochów (tak, bo w Lemonie też byli) doszło. Wieczorem pierdyknął piec gazowy czy cuś i 80% hostelu nie miało ciepłej wody. Wezwana czem prędzej ekipa fachmanów siedziała do 5 rano i naprawiała machinę, co by Italczycy rano nie doznali odmrożeń członków swych szlachetnych. Udało się. Niestety cały ten ambaras kosztował firmę niezgorszą sumkę. I po premiach, drodzy współbracia w cieciostwie... Na osłodę - okolicznościowy, dosadny w swym charakterze wiersz, zainspirowany owym fatalnym wydarzeniem. W sam raz do deklamowania podczas szykującej się imprezy, którą  lemonowo-butikowe ciecie planują za mniej-więcej dwa tygodnie, by uczcić - szczęśliwe mam nadzieję - zakończenie zimowej sesji na uczelniach Magicznego Miasta.


Gwałtu rety, co się dzieje!
Moc Lemona rur truchleje! 
Mieli rzymską łaźnię właśnie
Włosi robić... jak nie trzaśnie
Z hukiem nagle instalacja:
Kapie z rur głodowa racja
Ciepłej wody! Mamma mia!
Głowę ręcznikiem owija
Mokra Włoszka śniadolica,
Z krzykiem wybiega z prysznica:
Skórę pięt peelingiem pieszczę,
Wtem mą kibić wstrząsa dreszczem!
Co to? Jak to? Ostra zima,
Co się Lemona nie ima
Raptem z rur lodowe bicze
Na mą włoską kręci... głowę?
A ręczyła mi swym słowem
Lemonowa Menadżerka,
Że na bank żadna usterka
Nie zepsuje nam pobytu!
A tu pobyt - do odbytu,
By nie powiedzieć do dupy!
Będą się tu ścielić trupy,
Będzie w koło krew bryzgała,
Jeśli ta awaria cała
Nie zostanie naprawiona
Nim na niebie księżyc skona,
By ustąpić miejsca słońcu!
Słyszysz mnie, ty polski dzwońcu?!!
Tak recepcjoniście rzekła.
Strużka wody wściekle ciekła
Jej spod nóg, gdy to mówiła,
Chyba z nerwów popuściła -
W duchu zaśmiał się cieć, kiedy
Do piwnicy schodził, żeby
Główny odciąć zawór wody
I wspominał jej wywody.
Zimna woda dobra, rześka!
Spytaj Cześka albo Grześka! 
Bo to właśnie zimną wodę,
Pielęgnując swą urodę
W ciała jędrnę swe słowiańskie 
(Sycąc fantazje ułańskie
Menów swych) Polki wcierają,
Bogurodzicę śpiewając.
Jeśli myślisz, że cię zgubi
Zimna woda, spójrz na Rubik
Anję! Ona nie na głodzie!
Piękno swoje zimnej wodzie
A nie postom złym zawdzięcza.
Pod jej skórą sieć pajęcza
Żyłek, co ukrwienie zwiększa,
Przez to jest w dotyku miększa. 
Żyłki te bez wody zimnej
Byłyby zupełnie inne:
Nie tak mocne, nie tak zdrowe.
Za tę prawdę daję głowę! -
Włoszce odparł po powrocie,
Po czym ją utytłał w błocie,
Co się pod nią utworzyło,
Gdy w recepcji go nie było.
Wziął za kudły i wyrzucił,
Kurz z rąk strzepał i zanucił:
Jam potomkiem króla Piasta,
Mokrym Włoszkom mówię - basta!

29.01.2012

Niedziela, zmiana h3 - czyli "Va, pensiero"

Od piątku mamy w hoście bez mała setkę Włochów. Teraz pomnóżmy przez cztery, bo to już druga tura, a przed nami jeszcze dwie kolejne. Razem czterysta. Następnie pomnóżmy razy sześć, bo takich czterech tur jest jeszcze kilka w konkurencyjnych hostelach Magicznego Miasta. Przytłoczeni wynikiem mnożenia odsapnijmy i  wyobraźmy sobie, że jest godzina 7:00 - czas porannych ablucji. Ile mokrych Włoszek widzimy? Multum. Multum bene, powiedziałbym. No dobrze, dość tych krotochwili. O co bowiem biega? O... Mussoliniego. Tak przynajmniej mniemam. Otóż od siedmiu już lat, na przełomie stycznia i lutego każdego roku, ogólnokrajowe włoskie stowarzyszenie o dość kuriozalnej - jak dla mnie - nazwie Terra del Fuoco (Ziemia Ognista?) organizuje tak zwany Pociąg Pamięci (Treno della Memoria). Jest to projekt edukacyjny przeznaczony dla młodzieży. Włosi wynajmują specjalny skład, który telepie się przez dwa dni do Polski z kilkoma setkami potomków Dantego, po to by mogli oni zobaczyć na własne oczy oświęcimski obóz koncentracyjny i dawne getto oraz uczestniczyć w warsztatach i seminariach poświęconych tematyce Holocaustu. Moja teoria jest taka, że ma to być rodzaj memento dla młodych obywateli Italii, które przestrzec ma przed powtórzeniem szaleństwa ich dziadków i pradziadków, zapatrzonych swego czasu w największego przyjaciela i sojusznika Adolfa H. - Benito M. Piękna sprawa. I super, że przyjeżdzają pociągiem, symbolicznie niejako podążając śladami europejskich Żydów, zjeżdzających w transportach śmierci z całego kontynentu do tej swoistej światowej stolicy Zagłady, jaką było 70 lat temu Auschwitz-Birkenau. A już na miejscu, wieczorami, po ciężkiej lekcji Historii, idą do klubów bawić się, używać żywota, odreagowywać. I to też jest piękne. Że Włoszki wychodzą z mokrymi głowami spod pryszniców, że podczas śniadań - stare konie! - ustawiają się kolejce po ciepłe mleko jak małe dzieci, że w trzydziestkę oblegają hostelowy komputer i rżą wpatrzeni w fejsbukowe bzdety, że gubią kurtki i portfele i każą cieciom w ich poszukiwaniu  wydzwaniać po knajpach, które odwiedzili w nocy. Że wracają przez stare miasto wyjąc na całe gardło Va, pensiero z opery Nabucco Verdiego. Planowałem, że na nich ponarzekam, a cholera - chwalę. Żyjemy, ragazzi! MY żyjemy...

15.01.2012

Niedziela, zmiana h1 - czyli zdrrrada albo mister idzie na listę!

No proszę, jak rzuciłem temat defraudacyjno-oszukańczy to się już 21 propozycji w komentarzu zebrało! Ładnie, ładnie... Taaak, człowiek bestią jest, tylko upudrowaną i ubraną w ciuchy od Zary. W nawiązaniu - nius miesiąca: nasz Wierny Odźwierny okazał się zdrajcą i uciekł z hosta nie zapłaciwszy za 10 nocy. To daje niebagatelną sumę 350 złotych polskich! Robimy ściepę na recepcji - uśpił czujność cieciów, to teraz wszystkie śpiochy muszą ponieść konsekwencje wpadki. Było tak: Mister Adam - którego nazwisko bez skrupułów ujawniam na liście gończym - gdy już przycisnęliśmy go do muru zaczął opowiadać coś o zatrudniającej go firmie, która zapłaci przelewem zaległą kasę i jeszcze z góry za następne tygodnie, tylko żebyśmy wydrukowali mu numer naszego konta, to on go zaniesie i kasa będzie. A jak poprosiłem go o okazanie dowodu, stwierdził, że nie ma przy sobie, ale chętnie, nawet za chwilę (była 20:00), pojedzie po niego do firmy. Po 2 minutach - zniknął. Następnego dnia wrócił późnym wieczorem, będąc pewnym, że go przyjmiemy i twierdząc, że po prostu całą noc pracował. "Będzie płatność, będzie nocleg", odparła dyżurująca właśnie współsiostra w cieciostwie K., czym wywołała oburzenie Mister Adama, zakończone trzaśnięciem drzwiami. A było słuchać naszej pokojowej P., która pracowała ongiś jako barmanka w mordowni zlokalizowanej w słynnej robotniczej dzielnicy Magicznego Miasta. P., wyczulona na tego typu podstarzałych chłopaków-niebieskich ptaków, od razu się na delikwencie poznała i cieciów przestrzegała! Ale co tu dużo mówić, Mister Adam długi czas płacił regularnie. Tak to z reguły bywa. Ściemniacze najpierw wkupują się w łaski, by potem znienacka wbić nóż w plecy. No trudno. Mister oczywiście wędruje na czarną listę. Zachciało mu się gwiazdorstwa na blogu - tym gorzej dla niego, bo do mejla, który hostelarze zwyczajowo rozsyłają do siebie w celu ostrzeżenia przed nieuczciwym delikwentem, dołączymy również piękne zdjątka mniej pięknej facjaty.
 
Na policję też zostanie zgłoszony.
Kurde, przypominało mi się: i jeszcze bezczelnie pokojową O. po ucieczce na fejsie pozdrawiał! Uch, uch, się uniosłem. Swoją drogą - znak czasów. Domu na horyzoncie nie widać, ale profil na fejsbuku - jest. Ukłony Mister Adam! Może i masz problemy, może nawet dramatyczne, ale tak się, facet, nie robi.

31.12.2011

Sobota, zmiana h3 - czyli Szczęśliwego Nowego (wy)Roku!

Nie mam w tym roku żadnej zmiany w sylwestra, zresztą w poprzednim też nie miałem. Właściwie nie ma mnie nawet w Magicznym Mieście. Będę jutro. Na razie przebywam w miejscu zwanym przez niektórych Miastem Spotkań i będącym tak samo "spotkań", jak Magiczne Miasto jest "magiczne". Dla uzyskania bardziej dramatycznego i cięższego egzystencjalnie efektu perfidnie podszyłem się pod zmianę współsiostry w cieciostwie, której tym razem przypadła ta jakże wyjątkowa, cudowna i jedyna noc(ka) w roku. Pozdrawiam Cię, J. - parafrazując Williama Sz.: ktoś nie śpi, aby bawić się mógł ktoś. A podszyłem się po to, aby podzielić się z Wami Noworocznymi Postanowieniami Ciecia z Magicznego Miasta. W końcu postanawiać można wszędzie, a cieciem wbrew pozorom jest się zawsze, nawet po wyjściu z pracy.
  1. W cieciostwie swym się doskonalić, albowiem sztuką jest ono i - autentycznie przeżywane - radość nieść może gościom i ukojenie ich dusz
  2. Blogaska pieścić i hołubić, wielość czasu swego mu poświęcając, acz nie tak, by praca odpowiedzialna cieciowska na tym cierpiała, o gości potrzebach i komforcie pobytu nie wspominając
  3. Na tarasie hostelu nie palić, sumiennie wszelkie nocne obchody przeprowadzać i wizytowki obiektu gościom wyjeżdżającym z uśmiechem wręczać, albowiem przykład z góry idzie, nawet jeśli góra owa właściwie dołem jest
  4. Materac przenośny dmuchany - wzorem współbrata w cieciostwie M. - kupić, by pleców swych szlachetnych spaniem na recepcyjnej podłodze więcej już nie doświadczać 
  5. Nad akcentem brytyjskim pracować, by nie tylko Amerykanów, ale i Wyspiarzy kosmopolityzmem swym radować
  6. Z przerzucaniem czasowników na koniec zdania i ogólnopojętą archaizacją stylu skończyć
  7.  Ulissesa Joyce'a przeczytać
Jak myślicie, czy kolejność zaprezentowanych punktów układa się od najważniejszego do najmniej ważnego, czy odwrotnie? Ech... Szczęśliwego Nowego (wy)Roku!

Lekko zagubiony w czasoprzestrzeni
Cieć, z szumem informacyjnym
w częściowo zakutym łbie,
na tle noworocznych fajerwerków.

24.12.2011

Sobota, zmiana h1 - czyli Wesołych Świąt!

Mieliśmy w Butiku zakładową wigilię. Menadżerka sypnęła funduszami, koledzy i koleżanki, pod wodzą współsiostry w cieciostwie J. (brawa!), zajęli się aprowizacją. Cieć zrobił nawet sałatkę, której nikt nie chciał jeść. Było bardzo wesoło, szczególnie pod koniec. Znaleźliśmy na przykład czyjegoś buta w zamrażalniku. Nie wiedziałem, że czerwony barszcz może tak uderzyć do głowy... Generalnie, co tu dużo mówić - pysznie było, ciepło i świątecznie. Niech i u Was tak będzie. Pozwólcie, Drodzy Czytelnicy i Drodzy Goście, że przekażę Wam w imieniu właścicieli, menadżerów i pracowników naszych hosteli świąteczne życzenia:


13.11.2011

Sobota, zmiana h3 - czyli ciecie na celuloidzie

Był Nocny portier w reż. Liliany Cavani z Dirkiem Bogardem w tytułowej roli emerytowanego oficera SS, pracującego w wiedeńskim hotelu, spotykajacego po latach Żydówkę, która była ofiarą jego perwersyjnych praktyk. Fetyszyzm, sadyzm, hardkor tak zwany. Film znakomity. Był dokument Krzysztofa Kieślowskiego Z punktu widzenia nocnego portiera. Portret służbisty, zwolennika ścisłej kontroli i dyscypliny w pracy, człowieka o umyśle przeżartym przez dawny system. Film znakomity także. Było kompletnie genialne Lśnienie Stanleya Kubricka. Tam Jack Nicholson grał podrzędnego pisarza, który swoją przygodę ze stróżowaniem w odciętym od świata górskim hotelu skończył biegając z siekierą w poszukiwaniu najbliższych członków rodziny. Był... Jak widać motyw cieciostwa pobudza twórców do refleksji i poważnych konstatacji, prowokuje do podjęcia trudnej tematyki oraz penetracji mrocznych zakamarków ludzkiej natury. A co! Ja to wszystko rozumiem, jak Państwo zostaną cieciami, to też Państwo zrozumieją. Można jednak i lżej. Na ekrany polskich kin weszła właśnie amerykańska komedia pt. "Zemsta cieciów"! Tak tak! I podobno nawet niezła. Rzecz dzieje się w nowojorskim hiperluksusowym apartamentowcu. Wieżowiec z widokiem na Central Park, basen na dachu, ful serwis itp. Oczywiście, żeby ten ful serwis był ful, potrzebny jest staff, czyli właśnie tytułowe ciecie. Mieszka sobie w tym wieżowcu pewien obleśnie bogaty finansista... Ponieważ (jeszcze) nie oglądałem, oddaję głos Malwinie Grochowskiej z portalu filmweb.pl:

Przedstawiona w "Zemście" historia bogacza, który zarabiał krocie, spekulując cudzymi oszczędnościami, nieprzypadkowo przypomina losy Bernarda Madoffa. Czarujący Artur Shaw mieszka w luksusowym apartamentowcu na Manhattanie. Jego beztroski tryb życia poznajemy równolegle z nieco trudniejszą egzystencją Josha Kovacsa. Jako menadżer personelu w budynku zamieszkiwanym przez Shawa i jemu podobnych, Kovacs musi zajmować się wszystkimi "kłopotami" bogaczy: dbać o to, żeby w ich mieszkaniach niczego nie brakowało, a gdy trzeba, także zagrać z nimi w szachy lub ukryć kochankę. Obsługa jest tu niewidzialna i niezawodna. Ale tylko do czasu: nawet cierpliwego Kovacsa poniosą nerwy, gdy na jaw wyjdą malwersacje Shawa i fakt, że zdefraudował powierzony mu fundusz emerytalny wszystkich pracowników budynku. Oszusta nie jest w stanie dopaść ani FBI, ani wyrzuty sumienia. Dlatego też "ciecie" postanowią wziąć sprawy w swoje ręce. [...] Niewiele rzeczy sprawia nam, widzom, większą satysfakcję niż oglądanie, jak na ekranie wymierzana jest społeczna sprawiedliwość. Nawet jeśli nie walczymy o nią w rzeczywistości, to poczujemy się lepiej, gdy klepiący biedę bohaterowie odbiorą pieniądze bogatym. Napad przeprowadzony w czystym duchu Robin Hooda jest istotą "Zemsty cieciów". Ale to nie jedyny element filmu, który przyczynił się do jego sukcesu wśród tłumów oburzonych bezczelnością bankierów z Wall Street. Jest w nim jeszcze kilku dobrych aktorów, którzy wymieniają ze sobą przezabawne teksty, a potem podwyższają nam poziom adrenaliny, przeprowadzając ryzykowny napad. W sumie otrzymujemy więc przebojową komedię akcji, a w bonusie przesłanie w sam raz na czasy światowego kryzysu. 

Życiowe. Grają m.in. Alan Alda, Ben Stiller, Eddie Murphy, Casey Affleck, Matthew Broderick. Reżyseruje Bret Rattner. Wcześniej zrobił m.in. trzecią część X-Menów. Proszę się nie śmiać. Bo żeby zrozumieć cieciów, trzeba najpierw zrozumieć superbohaterów.


Wolalbym dać trailer Nocnego portiera, ale tam są "momenty" i się nie godzi... A kto zna jeszcze jakieś filmy o cieciach?

1.11.2011

Wtorek, zmiana h1 - czyli legenda o Wielkim Menadżerze i jego ziomalu albo apokryf w Butiku znaleziony

W nawiązaniu do dzisiejszego wiadomego święta pozwalam sobie zaprezentować Państwu treść sensacyjnego rękopisu, znalezionego kilka dni temu podczas, wiadomego już Państwu, remontu fasady naszego budynku: 

Żył sobie dawno temu pewien facet, który zajmował się stosunkowo nieciekawymi sprawami. Generalnie dużo pływał na łódkach. Z ziomalami. Rzucał coś tam sobie do wody, a potem wyciągał za pomocą tego czegoś masę fauny pływającej. I sprzedawał tę faunę. Monotonia. Kryzys wieku średniego. Pewnego razu spotkał jednak pewnego osobnika. Gościu ów wyglądał stosunkowo niepozornie, nie wzbudzał zbytniego zaufania, nie golił się, nie miał portfela, nosił sandały i te sprawy. Zaczął coś facetowi mówić o głębi i skale, średnio zrozumiale, w każdym razie twierdził, że zakłada właśnie zarąbisty hostel i jest jego Wielkim Menadżerem. I właśnie robi rekrutację załogi. Na pytanie gdzie ten fajny obiekcik się będzie znajdował nasz bohater otrzymał dość wymijającą odpowiedź: "hostel mój nie jest z tego świata". Największe jednak zdziwko zaliczył, kiedy okazało się, że Wielki Menadżer ma wobec niego szczególny plan, zamierza mu powierzyć jakieś megaważne stanowisko. To znaczy taka miałaby być Ostateczna Perspektywa, natomiast na razie facet zajmować by się miał promocją nowopowstającego hostelu, tzn. łazić po dzielni, rozdawać ulotki, ustnie zachęcać do odwiedzin i te pe. Żeby się sprawdzić. "Odtąd gości będziesz łowił" - tak mu Menadżer powiedział. No to zaczęli promować. Dobrali sobie jeszcze paru pomocników, nachodzili się po okolicy, różne akcje marketingowe wymyślali, a to darmowe rozdawanie żarcia, a to skandal w głównej świątyni, a to sztuczki z chodzeniem po wodzie. Z rok to wszystko trwało. W międzyczasie okazało się, że Menadżer ma niesamowite umiejętności lecznicze, homeopatię opanował w sposób wręcz cudowny, tak że uzdrowieni przez niego ludzie z marszu właściwie rezerwowali sobie miejsca w jego hostelu. Facet i jego ziomale dziwili się temu wszystkiemu, bo Wielki Menadżer nie wyglądał na jakiegoś Gołębiewskiego czy Hiltona, ale ów zapewnił ich, że nie ma powodu do niepokoju, bo jego Ojciec jest cholernie bogaty i - jak twierdził - "w domu Jego jest mieszkań wiele". Uwierzyli mu - pewnie Stary Wielkiego Menadżera jest jakimś kamienicznikiem czy coś w tym stylu. Generalnie w ciągu tego roku, co tu dużo mówić, narazili się władzom z deczka, bo akcje promocyjne były na granicy prawa i ferment się na dzielni zaczął, a trzeba Wam wiedzieć, że kraj, w którym się to wszystko działo był zmilitaryzowany i miał mocarstwowe aspiracje. Tak więc w ostatecznym rozrachunku wsadzili Wielkiego Menadżera do ciupy, mykiem osądzili i skazali na śmierć. Reszta ekipy się poukrywała z obawy przed zapuszkowaniem. Naszego bohatera prawie złapali, ale w decydującym momencie aż trzy razy zachował zimną krew i nie przyznał się, że jest ziomem Wielkiego Menadżera. Potem jednak żałował. Enyłej, zdziwko było totalne, jak po trzech dniach się okazało, że Wielki Menadżer jednak przeżył i ma się świetnie, ba!, nawet lepiej, bo lewituje, przez drzwi przechodzi i takie tam. Coś jak Steve Jobs. Ziomy były pewne, że teraz to już na pewno wielkie otwarcie hostelu jest bliskie, ale Wielki Menadżer się troszku wymigiwał od odpowiedzi, a po paru tygodniach wybył, tłumacząc, że musi jakieś meble do obiektu pokupować czy coś. A ziomom kazał nadal promować hostel, z tym że już na szerszą skalę. Powiedział im, żeby się nie martwili brakiem wykształcenia,bo przyśle im za jakiś czas kogoś, kto nauczy ich języków. Poruszeni wizją ogólnoświatowej ekspansji ziomale wyruszyli na promocję, przeżyli w trakcie swoich podróży niezliczone przygody, większość z nich zresztą ostatecznie zginęła. Nie wykluczając naszego bohatera. Zanim to się jednak stało zdążył on zarejestrować w rzymskim KRS-ie firmę promocyjno-eventową Hostel Nie Z Tej Ziemi i został jej pierwszym prezesem. Zresztą działa ona do dziś i ma się całkiem dobrze. Hostel zaś nadal pozostaje w sferze planów. Tzn. tak twierdzą niektórzy, część zaś uważa, że jak najbardziej istnieje, tylko trzeba się bardzo postarać, żeby go znaleźć. A jeśli się to już uda, to można w nim spotkać naszego bohatera, który został obsadzony na stanowisku Generalnego Ciecia. Amen.

Marco Zoppo, Święty
Piotr (ok. 1468).
Zwróćmy uwagę na cieciowskie
atrybuty świętego: klucze do
dormitorium, książkę rezerwacji
oraz koc chroniący przed chłodem
podczas zimowych zmian h3.

O święty Cieciu Generalny - jeśli rzeczywiście tam gdzieś jesteś - gdy przyjdzie nasz czas, uchyl nam drzwi do Hostelu Nie Z Tego Świata...

17.09.2011

Sobota, zmiana h1 - czyli Helvetica nad głowami

Jak na razie tylko moja współsiostra w cieciostwie J. podniosła rzuconą przeze mnie rękawicę - jej propozycje znajdziecie w komentarzach do poprzedniej notki. Pierwsza moim zdaniem jest najlepsza. Kto się zmierzy? Zachęcam szczególnie tych, co czytają, ale siedzą cicho i udają że nie wiem ;) Następną razą będę po imieniu wywoływał...
A w tzw. międzyczasie rzeczone litery zawisły już na ścianie. Jest bjutiful. Pan Konserwator sam wycinał, to co by miało nie być... Pilarkę nawet spalił i musiał nową kupić. Niżej podpisany też rękę przyłożył do dzieła, bo odpowiednią czcionkę odnalazł (śliczna, taka jak w naszym logo, tylko lekko pogrubiona), szablony wydrukował, na ksero popowiększał. A współsiostra A. - którą wymienię, choć nie czyta tego bloga i nie wypomniałaby mi, że ją pomijam, taki jestem dobry - owe szablony dla Konserwatora wycinała. Jest tylko jeden mały problem. W ferworze walki zapodziała się gdzieś... kropka nad 'i'. To musi być jakiś znak... Pani Menadżerko, moja teoria jest taka: Opatrzność chce nam w ten sposób powiedzieć, że musimy w końcu powiesić szyld z logo hostelu przy wejściu do budynku! Szczególnie, że zima idzie i zbłąkanych wędrowców trza ogrzać i nakarmić. A czy byłoby ładnie, to już oceńcie sami:
Oczywiście to wiecie, ale na wszelki wypadek podaję, że
w odróżnieniu od czcionki HelveticaNeueLT Pro 65 Md,
użytej na ścianie, tutaj została zastosowana
HelveticaNeueLT Pro 35 Th.


2.09.2011

Czwartek, zmiana h3 - czyli mielonka

Hostel Butik robi się sławny. Od kilku dni zaczęliśmy dostawać spam. Vicodin, Viagra, penis enlargement, Super P-Force, Female Viagra, Xenical, zdesperowani afrykańscy dyplomaci proszący o pożyczki - jednym słowem całe zło tego świata. W Hostelu Lemon, w którym wcześniej pracowałem, było tego od groma. Nie dziwota, bo obiekt dużo starszy i jego skrzynka wygenerowała już sporo ruchu mejlowego. Nasza, jak widać, powoli zaczyna się rozkręcać. A to będzie oznaczało, że dużo częściej niż do tej pory z głośników podłączonych do naszego recepcyjnego komputera będzie rozlegał się charakterystyczny dźwięk, oznaczający przyjście nowej poczty elektronicznej. Dużo częściej więc ciecie z Hostelu Butik będą odczuwały ten charakterystyczny lekki skurcz gdzieś w okolicach splotu słonecznego, który jest reakcją na ów złowieszczy dźwięk - you've got mail! Znacie to uczucie, prawda? Serce jakby zamiera, chwila napięcia, otwieracie okno i... ulga. To tylko mailowa mielonka. Del. Ale w duchu i tak rzucacie mięsem.