Czasem "zwiedzanie" Magicznego Miasta może zmęczyć nawet młode i zdrowe organizmy. Część nocującej w Hostelu Butik grupy po powrocie na plac Matejki nie dotarła do swoich dormów. Polegli na narożnej kanapie w common roomie. Spali snem sprawiedliwych. Nad ranem obudził ich wyjątkowo intensywnie wdzierający się do głowy zapach świeżych drożdżówek i nadspodziewanie głośny dźwięk migawki z mojego telefonu. Już nigdy więcej nie zlekceważą mocy polskiego piwa.
Tak pozwolołem sobie przetłumaczyć tytuł najnowszej piosenki Madonny "Girls gone wild", do której klip pojawił się parę dni temu w sieci, po czym został wyrzucony z Jutjuba ze względu na nieobyczajność. Nie zamieszczam go bezpośrednio na blogu, nie tyle z uwagi na "skandaliczne" treści, co po to, by nie straszył czarną dziurą, jak go już wykryją i zlikwidują. Powtórzyła się więc sytuacja sprzed dwudziestu lat, dotycząca klasycznego już teledysku do piosenki Madonny pt. "Justify my love", ktorego emisja została zakazana w MTV. A miejscem akcji (akcji, oj akcji...) dzieła owego był... hotel. Skoro tak, to nie mogę sobie odmówić, szczególnie, że sama artystka poniekąd zachęca w nim do folgowania swoim namiętnościom. A hotelarstwo jest przecież moją namiętnością największą. Dzieci, wyjdźcie z pokoju. Naści.
Tak to jest, kiedy obsługa śpi. No ja się pytam, gdzie jest pokojowa? Gdzie recepcjonista na obchodzie? Gdzie konserwator, wkręcający żarówkę? Chyba że to ci, co się dołączyli... Okej, tak czy siak, cała rzecz moim zdaniem jest zapisem swego rodzaju fantazji mocno skacowanej, tudzież wciąż jeszcze pijanej (patrz: pierwsze 30 sekund) bohaterki i nie powinniśmy przywiązywać do niej (w sensie fantazji) zbyt dużej wagi. To tylko kac, w dodatku nawet nie Vegas, tylko raczej Wawa. Ale ładnie sfilmowany. No dobrze... to... ekhem, idę... idę obchód zrobić...
Z okazji otwarcia żeńskiego dormitorium w naszym hostelu - dowcip.
Przychodzi Kazimiera Szczuka do hostelu. Szczuka: Czy jest łóżko w dormie na dziś? Recepcjonista: Tak, mamy nawet specjalne dormitorium dla pań. Szczuka (odfajkowując coś w swoim notesie): To ja dziękuję, tylko sprawdzałam.
Pani Kazimiera przy okazji wymieniła
nam spaloną żarówkę oraz wyjawiła w sekrecie,
że robi ankiety, bo zbiera materiały do książki
Marii Janion o kobietach w polskim hotelarstwie
pt. "Nieproszone gościówy"
Na śmierć zapomniałem pochwalić się wszem i wobec, że dobrych parę tygodni temu dostałem od pewnych gości kartkę! Mieszkało u nas chyba trzy dni dwoje młodych Anglików - aktor i tancerka. Przyjechali na zwiedzanie, żadne tam występy. Krótko mówiąc - złapaliśmy kontakt. Pogadalismy dwie chwile (okej - trzy) o Magicznym Mieście i jego niewątpliwych atrakcjach, o psychologii procesu twórczego i jej niewątpliwych meandrach, i takie tam. No, o życiu, po prostu. Parę minut po wymeldowaniu zorientowaliśmy się, że nie oddali do recepcji klucza, nie znaleźliśmy go także w pokoju, trzeba więc było wykonać szybki telefon, ale okazało się, że są już w drodze na lotnisko. Po kliku dniach przysłali klucz pocztą, dołączając do niego poniższą przesyłkę.
Proponuję tytuł obrazka: Gołąbek pokoju polsko-angielskiego pod Kościołem Mariackim
Ciepło mi się na sercu zrobiło i błogo. W środku był między innymi taki fragment.
Życiowe...
Sam Paolo Coelho by się nie powstydził. Dzięki Jessico! Dzięki Thomasie!
Współbracia w Cieciostwie M. i W. zaliczyli ostanio dość intensywną sesję noszenia tzw. gratów. Od czasu do czasu bowiem pojawiaa się pilna potrzeba, by ciecie płci męskiej wcieliły się na krótszą bądź dłuższą chwilę w rolę tragarzy. Tym razem chwila był dłuższa. Umordowały się bidoki, z tego umordowania przy wychodzeniu z windy nawet kawałek ściany w korytarzu na parterze ukruszyli. I jeszcze musieli się użerać z okolicznymi żulami, którzy przyuważyli stojące na dole i czekające na wywózkę materace i postanowili uciąć sobie na nich drzemkę, wcześniej przywłaszczywszy sobie parę drobniejszych przedmiotów z jednego z wystawionych przez M. i W. kartonowych pudeł. Podobno myśleli, że można. Hostel nasz znajduje sie bardzo blisko dworca PKP, który jak wiadomo właściwie w każdym mieście jest miejscem żulocentrycznym. Jeśli miasto przyrównać do zlewu, to dworzec byłby w tym zlewie odpływem, w którego okolicach, gdy spłynie już woda jak wiadomo gromadzi się sporo ciekawych skarbów. Dodajmy do tego jeszcze specyficzny status, jakim Magiczne Miasto cieszy się wśród krajowych niebieskich ptaków, przyciągniętych sławą grodu sięgającą jeszcze czasów Młodej Polski - i będziemy mieli obraz sytuacji. Trzeba jednak przyznać, że problem bezdomnych nie jest już tak palący jak jeszcze kilka lat temu, choć od czasu do czasu, zwłaszcza w zimie, musimy zainterweniować i wyprosić jakiegoś śpiącego na klatce schodowej człowieka, który swoim zapachem odstrasza nam gości. Bezdomni... trudny temat. Być może się zdziwicie, ale osobiście uważam, że ich obecność w przestrzeni publicznej może być oznaką... demokratyczności państwa. Ulica jest dla wszystkich - nie oznacza to oczywiście, że można na niej robić wszystko, ale dopóki nie przekracza się granic wolności drugiego człowieka, nikt nie ma prawa nie życzyć sobie czyjejś na niej obecności. Trochę jak w ogólnodostępnym dormie - dopóki nie śmierdzę i nie hałasuję w nocy, fakt że czujesz dyskomfort, patrząc na moją gębę, jest tylko i wyłącznie Twoim problemem.