Od sześciu dni mieszka u nas pięciu obywateli Islamskiej Republiki Iranu. Przyjechali na jakąś konferencję naukową, oddelegowani przez Uniwersytet w Teheranie. Jeden jest w dormie. Pozostali mieli zarezerwowane dwa twiny, ale kiedy po przyjeździe zobaczyli, że jeden z pokojów ma dodatkowe łóżka bez zastanowienia zamieszkali w nim w czwórkę. Drugi pokój trzymają w odwodzie, nie chcieli oddać nam klucza. Zapłacili - to mogą trzymać. Jest pusty, na stoliku nocnym leży tylko jakaś książka. Nie, nie Koran. Historyczna. Nie powiem, skąd wiem ;) Przywieźli ze sobą cały zapas domowej roboty podpłomyków, tudzież placków, coś w stylu tych, w które owinięte są kebaby. Wieczorami ubierają się w świecące srebrne garnitury oraz różowe koszule, zaczesują włosy do tyłu i wychodzą na miasto. Cieciowy ograniczony rozumek pracował na coraz wyższych obraotach, a niepewność w temacie persów puchła z dnia na dzień, aż do momentu kiedy, któregoś dnia, późną porą, jeden z nich z charakterystycznym angielskim akcentem poprosił mnie o wskazanie drogi do klubu o wdzięcznej nazwie Casablanca. Moje podejrzenia co do proweniencji lokalu szybko się potwierdziły. Po wyguglowaniu stosownej nazwy, okazało się, że jest to oddalony od centrum Magicznego Miasta night club, który - wg informacji na stronie internetowej - oferuje "wysoki statndard usług" i "ekskluzywne warunki". Irańczyk zapytał mnie przy okazji, czy w pobliżu jest jakiś sklep, w którym mógłby kupić ubranie. I wybył. Po kilkudziesięciu minutach do hostelu zadzwonił telefon. Najpierw usłyszałem charakterystyczny wrzask grupki małych dzieci, następnie odezwała się kobieta i z charakterystycznym angielskim akcentem, zapytała czy może rozmawiać z mężem. "Jest w mieście z kolegami", odpowiedziałem po chwili trudnego milczenia. "Nie wiem kiedy wróci. Czy coś przekazać?", zapytałem. "Nie trzeba, zadzwonię później". Odłożyła słuchawkę. Pewnie chciała zapytać, czy smakują mu placki. I czy na pewno nosi ciepłe skarpety, które spakowała mu na wyjazd do zimnego Lechistanu. "A więc tam jest tak samo jak w Polsce", pomyślałem i odetchnąłem z ulgą. Mój Cieciowy ograniczony rozumek podpowiedział mi, że Inny czy nie Inny, ale swoim - to on krzywdy nie zrobi.
11.09.2011
Niedziela, zmiana h2 - czyli perscy intelektualiści na delegacji z płonącymi wieżami w tle
Rocznica dziś wiadoma. Z tej okazji krótka impresja na temat "Inny w oczach Ciecia".
Od sześciu dni mieszka u nas pięciu obywateli Islamskiej Republiki Iranu. Przyjechali na jakąś konferencję naukową, oddelegowani przez Uniwersytet w Teheranie. Jeden jest w dormie. Pozostali mieli zarezerwowane dwa twiny, ale kiedy po przyjeździe zobaczyli, że jeden z pokojów ma dodatkowe łóżka bez zastanowienia zamieszkali w nim w czwórkę. Drugi pokój trzymają w odwodzie, nie chcieli oddać nam klucza. Zapłacili - to mogą trzymać. Jest pusty, na stoliku nocnym leży tylko jakaś książka. Nie, nie Koran. Historyczna. Nie powiem, skąd wiem ;) Przywieźli ze sobą cały zapas domowej roboty podpłomyków, tudzież placków, coś w stylu tych, w które owinięte są kebaby. Wieczorami ubierają się w świecące srebrne garnitury oraz różowe koszule, zaczesują włosy do tyłu i wychodzą na miasto. Cieciowy ograniczony rozumek pracował na coraz wyższych obraotach, a niepewność w temacie persów puchła z dnia na dzień, aż do momentu kiedy, któregoś dnia, późną porą, jeden z nich z charakterystycznym angielskim akcentem poprosił mnie o wskazanie drogi do klubu o wdzięcznej nazwie Casablanca. Moje podejrzenia co do proweniencji lokalu szybko się potwierdziły. Po wyguglowaniu stosownej nazwy, okazało się, że jest to oddalony od centrum Magicznego Miasta night club, który - wg informacji na stronie internetowej - oferuje "wysoki statndard usług" i "ekskluzywne warunki". Irańczyk zapytał mnie przy okazji, czy w pobliżu jest jakiś sklep, w którym mógłby kupić ubranie. I wybył. Po kilkudziesięciu minutach do hostelu zadzwonił telefon. Najpierw usłyszałem charakterystyczny wrzask grupki małych dzieci, następnie odezwała się kobieta i z charakterystycznym angielskim akcentem, zapytała czy może rozmawiać z mężem. "Jest w mieście z kolegami", odpowiedziałem po chwili trudnego milczenia. "Nie wiem kiedy wróci. Czy coś przekazać?", zapytałem. "Nie trzeba, zadzwonię później". Odłożyła słuchawkę. Pewnie chciała zapytać, czy smakują mu placki. I czy na pewno nosi ciepłe skarpety, które spakowała mu na wyjazd do zimnego Lechistanu. "A więc tam jest tak samo jak w Polsce", pomyślałem i odetchnąłem z ulgą. Mój Cieciowy ograniczony rozumek podpowiedział mi, że Inny czy nie Inny, ale swoim - to on krzywdy nie zrobi.
Od sześciu dni mieszka u nas pięciu obywateli Islamskiej Republiki Iranu. Przyjechali na jakąś konferencję naukową, oddelegowani przez Uniwersytet w Teheranie. Jeden jest w dormie. Pozostali mieli zarezerwowane dwa twiny, ale kiedy po przyjeździe zobaczyli, że jeden z pokojów ma dodatkowe łóżka bez zastanowienia zamieszkali w nim w czwórkę. Drugi pokój trzymają w odwodzie, nie chcieli oddać nam klucza. Zapłacili - to mogą trzymać. Jest pusty, na stoliku nocnym leży tylko jakaś książka. Nie, nie Koran. Historyczna. Nie powiem, skąd wiem ;) Przywieźli ze sobą cały zapas domowej roboty podpłomyków, tudzież placków, coś w stylu tych, w które owinięte są kebaby. Wieczorami ubierają się w świecące srebrne garnitury oraz różowe koszule, zaczesują włosy do tyłu i wychodzą na miasto. Cieciowy ograniczony rozumek pracował na coraz wyższych obraotach, a niepewność w temacie persów puchła z dnia na dzień, aż do momentu kiedy, któregoś dnia, późną porą, jeden z nich z charakterystycznym angielskim akcentem poprosił mnie o wskazanie drogi do klubu o wdzięcznej nazwie Casablanca. Moje podejrzenia co do proweniencji lokalu szybko się potwierdziły. Po wyguglowaniu stosownej nazwy, okazało się, że jest to oddalony od centrum Magicznego Miasta night club, który - wg informacji na stronie internetowej - oferuje "wysoki statndard usług" i "ekskluzywne warunki". Irańczyk zapytał mnie przy okazji, czy w pobliżu jest jakiś sklep, w którym mógłby kupić ubranie. I wybył. Po kilkudziesięciu minutach do hostelu zadzwonił telefon. Najpierw usłyszałem charakterystyczny wrzask grupki małych dzieci, następnie odezwała się kobieta i z charakterystycznym angielskim akcentem, zapytała czy może rozmawiać z mężem. "Jest w mieście z kolegami", odpowiedziałem po chwili trudnego milczenia. "Nie wiem kiedy wróci. Czy coś przekazać?", zapytałem. "Nie trzeba, zadzwonię później". Odłożyła słuchawkę. Pewnie chciała zapytać, czy smakują mu placki. I czy na pewno nosi ciepłe skarpety, które spakowała mu na wyjazd do zimnego Lechistanu. "A więc tam jest tak samo jak w Polsce", pomyślałem i odetchnąłem z ulgą. Mój Cieciowy ograniczony rozumek podpowiedział mi, że Inny czy nie Inny, ale swoim - to on krzywdy nie zrobi.
9.09.2011
Piątek, zmiana h2 - czyli elegia i pecunia
Stało się. S. był dziś ostatni dzień w pracy. A ja miałem wolną ostatnią godzinkę. Oto jej poetyckie żniwo. Ekhem...
Tym razem było za darmochę. Ale oczywiście, jak ktoś zamówi inny wiersz okolicznościowy, to jestem gotów się sprzedać. To ile dajecie za zwrotkę?
I niech to będzie puenta niniejszych wypocin.
Elegia na odejście S.
Menadżer nasz dziś odchodzi.
Do innej przeskoczył łodzi
I teraz w dal, hen, gdzieś płynie...
Widzę go, jak we mgle znika,
Przejął posadę sternika
Tam. Lecz czy w sztormie nie zginie?
Łodzią tą hostel jest nowy,
A imię jego, ach, wdzięczne...
Nie zdradzę go, nie ma mowy!
Nie podam pensji miesięcznej!
Nie krzyknę, żem jak sierota,
Że boli serce skrzywdzone,
Że tylko podła istota
Tak wzgardzić może swym domem!
Ból zdławię, wepchnę do wnętrza,
Niech niczym ziarno kiełkuje,
Buduj się zbrojo potężna!
Cierpienie w siłę przekuję...
Bronić się będę przed żalem,
Grać nieczułego na wieki.
Afekty przygwożdżę palem
Ostrym, bolesnym jak ćwieki.
Prawda spod maski wyziera,
Cynizm, co życiem dziś włada:
Skusiła nam Menadżera
Nowa, intratna posada.
Myśleć inaczej nie umiem,
Porządek rzeczy rozumiem,
Samochód, dom, dzieci, żona...
Odpływa, przygładza włosa,
Patrzy Menadżer z ukosa,
Wie, że niewinność stracona...
Tym razem było za darmochę. Ale oczywiście, jak ktoś zamówi inny wiersz okolicznościowy, to jestem gotów się sprzedać. To ile dajecie za zwrotkę?
I niech to będzie puenta niniejszych wypocin.
6.09.2011
Wtorek, zmiana h1 - czyli za morze na gębę
Uwaga wstępna: w celu uzyskania adekwatnego tła dźwiękowego podczas lektury poniższej notki proszę zapodać następujące nagranie:
Jedną z niewątpliwie największych zalet pracy hostelowego recepcjonisty jest możliwość poznawania tzw. nowych ludzi. Bez przesady oczywiście, niech nikt sobie tutaj nie myśli, że nic tylko się ciecie z Magicznego Miasta integrują - pewnie zależy to od hostelu, ale czasu na pogaduchy wcale tak dużo nie ma, jak by się niektórym mogło wydawać. Niemniej jednak między jedną rezerwacją, a drugim telefonem da się więzi międzyludzkie pielęgnować. Można to robić z czysto prywatnych pobudek, można traktować sprawę jak misję. Do wielu imion cieciów z Magicznego Miasta zapomniałem bowiem dodać jedno z najważniejszych - bądź co bądź jesteśmy przecież ni mniej ni więcej, jak Ambasadorami Polski. Efekt pierwszego wrażenia, czaicie? To nasze uśmiechnięte gęby są wizytówką Nadwiślańskiego Kraju. To nasza czyny i zaniechania rzutować będą na obraz Ukochanej Ojczyzny w oczach świata. Cóż za odpowiedzialność! W wolnych chwilach nie mogę wręcz przestać o tym myśleć. Nawet przed zaśnięciem staram się wizualizować sobie swój następny dzień w Hostelu Butik, myślę o tym, jaki tym razem będę, dumam o czekającym mnie ważnym zadaniu, ćwiczę przed lustrem mimikę, robię pompki, czytam romantyków, uczę się na pamięć kolejnych przepisów na pierogi... Czasem warto.
Kilka dni temu do hosta przyjechała energiczna Dunka z wnukiem. Zatrzymali się na tydzień. Od razu poczułem do niej sympatię, która wydatnie zwiększyła się, kiedy po wyrecytowaniu formułki o zorganizowanych wycieczkach do kopalni soli, jakie możemy jej zarezerwować (z prowizją dla recepcjonisty!) usłyszałem od niej, że przecież właśnie chodzi o to, by poznawać kraj znajdując, sprawdzając i załatwiając sobie wszystko samemu. Kolejny wzrost sympatii odnotowałem, gdy po tym jak poprosiła mnie o wskazanie najbliższej apteki, a ja odesłałem ją do wielkiej galerii handlowej znajdującej się tuż przy starym mieście, skrzywiła się z obrzydzeniem stwierdzając, że nienawidzi tego typu miejsc i że stawianie takich molochów w sercu miasta jest urbanistycznym skandalem. Skończyło się na tym, że przeprowadziliśmy baaardzo sympatyczną rozmowę, dzięki której dostałem szansę wygłoszenia mini wykładu na temat subtelnych poruszeń polskiej duszy, Ziem Odzyskanych, katastrofy smoleńskiej, husarii oraz kryzysu na rodzimym rynku mieszkaniowym. Wrażenie musiało być dobre, bo dostałem... zaproszenie do domu Dunki na Bornholmie. Valhalla, I am coming!!! Tylko czy dostanę urlop?
Jedną z niewątpliwie największych zalet pracy hostelowego recepcjonisty jest możliwość poznawania tzw. nowych ludzi. Bez przesady oczywiście, niech nikt sobie tutaj nie myśli, że nic tylko się ciecie z Magicznego Miasta integrują - pewnie zależy to od hostelu, ale czasu na pogaduchy wcale tak dużo nie ma, jak by się niektórym mogło wydawać. Niemniej jednak między jedną rezerwacją, a drugim telefonem da się więzi międzyludzkie pielęgnować. Można to robić z czysto prywatnych pobudek, można traktować sprawę jak misję. Do wielu imion cieciów z Magicznego Miasta zapomniałem bowiem dodać jedno z najważniejszych - bądź co bądź jesteśmy przecież ni mniej ni więcej, jak Ambasadorami Polski. Efekt pierwszego wrażenia, czaicie? To nasze uśmiechnięte gęby są wizytówką Nadwiślańskiego Kraju. To nasza czyny i zaniechania rzutować będą na obraz Ukochanej Ojczyzny w oczach świata. Cóż za odpowiedzialność! W wolnych chwilach nie mogę wręcz przestać o tym myśleć. Nawet przed zaśnięciem staram się wizualizować sobie swój następny dzień w Hostelu Butik, myślę o tym, jaki tym razem będę, dumam o czekającym mnie ważnym zadaniu, ćwiczę przed lustrem mimikę, robię pompki, czytam romantyków, uczę się na pamięć kolejnych przepisów na pierogi... Czasem warto.
Kilka dni temu do hosta przyjechała energiczna Dunka z wnukiem. Zatrzymali się na tydzień. Od razu poczułem do niej sympatię, która wydatnie zwiększyła się, kiedy po wyrecytowaniu formułki o zorganizowanych wycieczkach do kopalni soli, jakie możemy jej zarezerwować (z prowizją dla recepcjonisty!) usłyszałem od niej, że przecież właśnie chodzi o to, by poznawać kraj znajdując, sprawdzając i załatwiając sobie wszystko samemu. Kolejny wzrost sympatii odnotowałem, gdy po tym jak poprosiła mnie o wskazanie najbliższej apteki, a ja odesłałem ją do wielkiej galerii handlowej znajdującej się tuż przy starym mieście, skrzywiła się z obrzydzeniem stwierdzając, że nienawidzi tego typu miejsc i że stawianie takich molochów w sercu miasta jest urbanistycznym skandalem. Skończyło się na tym, że przeprowadziliśmy baaardzo sympatyczną rozmowę, dzięki której dostałem szansę wygłoszenia mini wykładu na temat subtelnych poruszeń polskiej duszy, Ziem Odzyskanych, katastrofy smoleńskiej, husarii oraz kryzysu na rodzimym rynku mieszkaniowym. Wrażenie musiało być dobre, bo dostałem... zaproszenie do domu Dunki na Bornholmie. Valhalla, I am coming!!! Tylko czy dostanę urlop?
| Bornholm i moja nieobecność na nim. |
2.09.2011
Czwartek, zmiana h3 - czyli mielonka
Hostel Butik robi się sławny. Od kilku dni zaczęliśmy dostawać spam. Vicodin, Viagra, penis enlargement, Super P-Force, Female Viagra, Xenical, zdesperowani afrykańscy dyplomaci proszący o pożyczki - jednym słowem całe zło tego świata. W Hostelu Lemon, w którym wcześniej pracowałem, było tego od groma. Nie dziwota, bo obiekt dużo starszy i jego skrzynka wygenerowała już sporo ruchu mejlowego. Nasza, jak widać, powoli zaczyna się rozkręcać. A to będzie oznaczało, że dużo częściej niż do tej pory z głośników podłączonych do naszego recepcyjnego komputera będzie rozlegał się charakterystyczny dźwięk, oznaczający przyjście nowej poczty elektronicznej. Dużo częściej więc ciecie z Hostelu Butik będą odczuwały ten charakterystyczny lekki skurcz gdzieś w okolicach splotu słonecznego, który jest reakcją na ów złowieszczy dźwięk - you've got mail! Znacie to uczucie, prawda? Serce jakby zamiera, chwila napięcia, otwieracie okno i... ulga. To tylko mailowa mielonka. Del. Ale w duchu i tak rzucacie mięsem.
30.08.2011
Wtorek, zmiana h1 - czyli Apokalipsy część trzecia
Towarzystwo się wymeldowało, telefonów z zapytaniami jak na lekarstwo, w głowie bardziej pusto niż zwykle, pomyślałem więc, że strzelę kolejną porcją sekretów portalologicznych. Kto pamięta budzący zgrozę skan, który przedstawiłem w ostatniej notce z mojego apokaliptycznego cyklu? Podpowiadam - flaki lewiatana, 12 lipca. Tego typu ręczne zapiski stanu dostępności pokojów produkowałem regularnie i prawdę powiedziawszy, z coraz większą dezaprobatą. Maziaje takie, pokreślone, popisane, nieczytelne... Fuj! Estetą bowiem Wasz Cieć jest (wprost proporcjonalnie do swojej brzydoty zresztą). Ładu Wasz Cieć szuka. Harmonii. Skoro Dobra nie ma, a tym bardziej Prawdy, to niech chociaż Piękno pozostanie ;) No wiem wiem, nie da się tej triady tak łatwo rozdzielić i nie o samą estetykę oczywiście tu chodzi, bowiem Piękno usystematyzowanego zapisu dostępności prowadzić będzie do Prawdy rzetelnego jej odwzorowania na portalach rezerwacyjnych, co z kolei niechybnie stanie się Dobrem dla naszych gości, bo nie będzie overbookingów. Jakież to wzniosłe. Nosiłem się więc od pewnego momentu z myślą, by usystematyzować moje podejście do portali. Odpowiednią motywację zyskałem jednak dopiero, kiedy awansowałem w pracy na Jedynego Ciecia Odpowiedzialnego za Kontakty z Portalami Rezerwacyjnymi oraz Aktualizację Dostępności w Hostelu Butik. Stanowisko o niebagatelnym znaczeniu, odpowiedzialność poważna, więc podszedłem do sprawy metodycznie. Kontynuując wątek filozoficzny - każdy portal, chyba o tym wspominałem, ma swoją własną, niepowtarzalną i unikalną filozofię zapisu dostępności. Dlatego stan pokojów w hostelu odzwierciedlają na każdym portalu zupełnie inne liczby. Na takim HostelWorldzie na przykład cyfra 2 nie oznacza dwóch wolnych pokojów, ale 2 wolne miejsca. dlatego jeden wolny twin zapisany jest tam właśnie liczbą 2, analogicznie jeden triple to 3, quad to 4, dwa quady to 8, cztery quady to 16, ale 16 to też 8 twinów itd. Do tego dochodzą kategorie - w niektórych portalach mamy tylko pokoje z łazienkami, w innych również te bez łazienek, w jeszcze innych pokój z prywatnym aneksem kuchennym jest liczony osobno, a w następnych wliczany do pozostałych. Jeśli doda się do tego wszystkie kwestie o których wspominałem w poprzednich portalologicznych notkach sprawa urasta do rozmiarów epopeicznych. W ramach mojej prywatnej walki z tą epiką zrobiłem sobie więc tabelki w Excelu. Mam zakładeczki na każdy miesiąc, a w każdej z nich znajduje się tabeleczka podstawowa z rozpisanymi dniami i pokojami oraz tabeleczki pochodne, które to co wpisane jest w tabeleczce podstawowej przeliczają "pod wymagania" konkretnych portalików. Jak ktoś jakiś pokoik rezerwuje, to Cieć wpisuje w pierwszej tabeleczce 0, jak się zwolni - Cieć wpisuje 1. Resztę robi za niego maszyna cyfrowa:) Oczywiście uprzednio odpowiednio zaprogramowana przez mówiącego te słowa, formułami typu C21=ILOCZYN(SUMA(B3:H3);2) D135=ILOCZYN(SUMA(D3:H3);3) H7=ILOCZYN(SUMA(D12:G12);4)... A wszystko po to by już nie musieć analizować, tylko po prostu przepisywać mechanicznie odpowiednie wartości z arkusza kalkulacyjnego na stronę portalu. I to jest piękne. I to jest prawdziwe. I dobre to jest. Amen.