Nie wiem, czy nietypowy hostel który zaprezentuję za chwilę jest czynny, niestety nie znalazlem w sieci żadnej strony domowej obiektu. Za to wiele jest stron pokazujących jego ideę. Ja nazwałbym ją kempingiem pod dachem. Być może rzeczywistość zweryfikowała zamierzenia architektów i dlatego słuch o hostelu MiNO zaginął. Niemniej jednak myślę że w ramach gimnastyki myślenia warto skrobnąć parę słów o pomyśle zagospodarowania przestrzeni w nim zastosowanym. MiNO Hostel powstał jako adaptacja 520 metrowej części dawnej fabryki konopii (czy to było legalne,hihi?) znajdującej się w mieście Migliariono we włoskiej Ferrarze. Jedziemy więc według światowych trendów - jak mówią uczenie - rewitalizacji obiektów postindustrialnych. Fabryczka miała dwie kondygnacje, w tym jedną - górną - w postaci nieprzedzielonej żadnymi ściankami działowymi hali. Na dole zaprojektowano recepcję, kuchnię i tym podobne "facilities", na górze zaś... no właśnie. Na górze powstało swego rodzaju wielkie dormitorium, jednak nie zostało ono wypełnione łóżkami, ale swoistymi "kokonami" z półprześwitującego materiału, które mieszczą w sobie trzy łóżka. Powstała w ten sposób płynna przestrzeń z nie do końca wyraźnym podziałem na strefy - dla niektórych ta nieczytelność funkcji może być przeszkodą, dla innych - niekoniecznie. Jeśli szukacie intymności, spokoju i prywatności, to z pewnośćią MiNO Hostel nie jest propozycjhą dla Was. Jeśli jednak jesteście gotowi zaakceptować specyfike hostelowych noclegów, w których integracja jest ważniejsza niż wygoda, możecie docenić otwartość przestrzeni pomiędzy "kokonami" i wykorzystać ją w dowolny sposób. Oczywiście wraz ze świeżo poznanymi współmieszkańcami obiektu. Powstanie w ten sposób swoisty płynny common room, otaczający rozrzucone w nim wyspy snu. Dla mnie git. Pewnie nie dałbym tak rady przez dwa tygodnie, ale 2-3 nocki - czemu nie? Podoba mi się ta idea - podróżowanie po różnych hostelach daje mi możliwość spróbowania alternatywnych sposobów mieszkania, doświadczenia czegoś nowego, wypracowania odmiennych strategii bycia z ludźmi. Eksperyment na samym sobie. A oto wizualizacja i szkic poglądowy. Fotki tu.
Tyle było. To znaczy w meczu. Bo mnie wyszły cyfry 5 i 1 - za Chiny Ludowe nie mogłem tego przypasować do niczego. W 51 minucie meczu patrzyłem w ekran tak usilnie, aż oczy łzawiły. Po meczu próbowałem nawet numerologicznie rozkminić imię i nazwisko strzelca bramki dla Czech: Petr rzeczywiście był piątką ale Jiracek okazał się trójką. Generalnie poracha na całym froncie. Tak wyglądałem około godziny 23 (fotka z fejsa):
A tyle się nabiedziłem, szyjąc sobie ten strój... Poza tym wróżyłem, głodziłem się, białym wierszem pisałem, obowiązki ciecia na dalszy plan z narażeniem życia odsunąłem... W hoście też nastroje minorowe, choć nie tak drastyczne jak moje, nawet Współbrat w Cieciostwie W. - znany miłośnik futbolu - przetrwał naszą kolejną porażkę w ważnej imprezie piłkarskiej w lepszym stanie. Gdyby Polacy wygrali, to przynajmniej mniejsza byłaby gorycz z powodu faktu, że magicznomiejskie obiekty noclegowe nie obłowiły się na euro w najmniejszej nawet części tak, jak było zapowiadane. A tak - pozostaje nam czekać. Odkujemy się za 20 lat, podczas zimowej olimpiady. Zaczęliśmy już nawet ćwiczyć do jednej z zimowych olimpijskich konkurecji. A jest nią zjazd.
Okej, teraz będzie grubo. Patos, etos, sedes i euro.
Jeśli jutro wyjdą z grupy
jeśli jutro wyjdą z grupy spróbuję wybaczyć sobie wszystkie grzechy
spróbuję być lepszy bardziej wyćwiczony odzyskam miękkość w kroku będzie inaczej jeśli wyjdą z grupy jutro
siedząc nad strumieniem transmisji wideo stwierdzę znienacka dwie sprawy że animacja buforowania obrazu dziwnie przypomina węża którego starożytni nazywali Uroboros tak koniec jest początkiem i że właściwie już wczoraj nie miałem ci za złe że zrobiłem ci krzywdę
to prawda do pierwszej połowy przetrenowałem wyrzuty sumienia z autu teraz jednak jest po przerwie i kiwam się jak chcę włączam riplej jak Ronaldo sprawdzam czy mimo zastosowania brutalnego wślizgu ułożenie mojej fryzury zadowoli aktualnych sponsorów ligi w której gram a są nimi punkt regeneracji tonerów Świat Druku hurtownia odzieży roboczej Zbych i panna Monika z Osiedla Piastów
moja nieoczekiwana interwencja była warta słownej reprymendy ale arbiter milczy albo zaspał
za to jutro po grze ruch samochodowy załopocze na światłach w rytm koko spoko jak biało czerwony żaglowiec na czeskim festiwalu szantowym husaria w klapkach i uziemionych skarpetkach wyruszy w trasę po okolicznych ławkach i przystankach wyciągi orczykowe ruszą ze zgrzytem w kierunku nieba Zimoch zaszczytuje po gwizdku nikt z nas koledzy nie poleci tak jak on nikt nie wyrwie z jam ciała tej pieśni szczęścia pieśni prostaty pieśni zwieraczy pieśni skurczu łydek pieśni ścięgien Achillesa pieśni patosu pieśni kotku dziś nie wróciłem pijany pieśni proszę zostań ze mną jeszcze chwilę pieśni przebaczonych win
byłem swoim napastnikiem byłem obrońcą pomocnikiem leżałem w bramce byłem trenerem zbiegałem z trybun do szatni wybierałem nieszczęsny czy szczęsny tytoń czy jabłko szczęsny czy tytoń
jeśli jutro wyjdą z grupy spróbuję wybaczyć sobie wszystkie grzechy
PS
Wcale się nie pomyliłem we wróżeniu w poprzedniej notce. Wywróżyłem liczbę fauli popełnionych przez Polaków. Ni mniej ni więcej, tylko 12 ich było. Kurde, ja naprawdę chyba mam moc, ciekawe co zoboaczę w dzień meczu z Czechami...
Nie jadłem dziś śniadania, żeby być na czczo i ogólnie umartwić się nieco. Nie podjadałem nawet nic z szafki z hostelowym jedzeniem. Żadnej drożdżówki, żadnego chleba z serem żółtym, ani jednej kulki czekoladowych płatków, nawet hostelowej kawy nie piłem. Skąd to poświęcenie, zapyta Państwo Czytelnictwo? Ano przed wróżeniem z mapki. Pomyślałem, że to mi ułatwi przepływ wewnętrznej energii czi do centrum życiodajnej siły, które znajduje się... ekhm... pod blatem lady recepcyjnej. Liczyłem, że z centrum energia zahaczy jeszcze o parę miejsc, wpadnie na moment na Wawel, żeby pozdrowić znajdujący się tam czakram, po czym wróci do mnie i wpłynie przez lewą dziurkę w nosie do mózgu, gdzie rozpadnie się na tysiąc kawałeczków i pobudzi moje neurony odpowiedzialne za interpretacje obrazów, gdy będę wgapiał się w plan Magicznego Miasta. Kurcze, nie wiem, trochę chyba nie zadziałało, bo wyszło mi to:
Są trzy możliwości: 1. przerżniemy 12 do zera
2. wygramy 12 do zera
3. będzie 1:2 dla nas (bo duża cyfra to Polska, tak czułem przy meczu z Grecją, zresztą to właśnie Polsce zawdzięczam najwięcej, więc i liczba musi być duża).
Trzecia możliwość jest najbardziej realna. Choć i tak mało realna. Będzie dobrze?
Zawsze wiedziałem, że jestem wyjątkowy, przeznaczony do czegoś ważnego. Przypomniało mi się, jak Mama powiedziała mi, gdy miałem 5 dni, iż ma przeczucie, że będę kimś wielkim - potężnym Cieciem, który zmieni równowagę sił w światowej branży turystycznej... Okej, dość chełpienia się, bo skończę jak ten gość:
Szyldy i szeroko pojęte reklamy w przestrzeni publicznej. Syfu ci u nas w tym temacie co niemiara. Chaos, estetyczny analfabetyzm, źle pojęte zagadnienie własności prywatnej. A wystarczyło przykładać się w podstawówce także na lekcjach plastyki, nie tylko na matematyce. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby taki Paryż czy inny Rzym był w Polsce. Pewnie to. Magiczne miasto było w Polsce od zawsze i jeden dzień dłużej i wreszcie doczekało się jakichś bardziej stanowczych ruchów w powyższym temacie. Magicznomiejska Starówka pół roku temu jako pierwsza w kraju została ogłoszona Parkiem Kulturowym, w którym obowiązują ścisłe wytyczne dotyczące estetyki ulic. Okres karencji minął i zaczęły się mandatowe żniwa. Kosić, panowie strażnicy, bo turysty się z nas śmieją!